Dziennik_pokładowy-Dar Młodzieży 2012

Załoga + studenci + goście = 171 sztuk

Niedziela, 08.07.2012, Zatoka Korsarzy, St.Malo
Dzisiaj wypływamy w morze. o 8:00 jak co dzień została wciągnięta bandera - taki zwyczaj. Goście i starszyzna załogi na górnym pokładzie ustawieni pod relingami, na dolnym pokładzie reszta załogi. Baczność na czas wciągania bandery, po wciągnięciu bandery Komendant podchodzi do każdego "górnopokładowca" i wita się mocnym uściskiem dłoni i zwyczajowym "dzień dobry".
Wypływamy o 9:00, i to precyzyjnie, bo statki muszą przechodzić przez śluzę, pojedynczo. Najpierw my, za nami Mir, a potem następni.
Komendant powiada, że Fryderyk Chopin wychodzi dopiero o północy. Tutaj przypływy i odpływy sterują tymi rzeczami. Na dzisiejsze przedpołudnie zaplanowano największe jednostki.
Idę na śniadanie (8:30)
Po śniadaniu (kiełbaski babuni + grapefruit)jesteśmy gotowi na wszystko. Chmury i dość ponuro, wieje chłodny wiaterek. Miał przyjsć Sławek z Anką nas pożegnać, ale nabrzeże idealnie puste. Jedynie nasi dwaj oficerowie łącznikowi przyszli się pożegnać.Staliśmy dość długo i cierpliwie, w końcu około 10-tej odcumowaliśmy, holownik odciągnął nas do tyłu i zaczęliśmy się obracać dziobem w kierunku śluzy. Pomachała nam "Pogoria", ale bliźniaczy Mir, którego mijaliśmy, nie wykazał zainteresowania. Zazwyczaj załogi wylegają na pokład i machają przyjaźnie tych, co odpływają. Tak zrobił stojący za Mirem hiszpański Juan Sebastian Delcano (militarna jednostka). Zwyczaj każe też, żeby dać głos syreną pokładową.Mirowi chyba odebrało głos, albo co...
No i stoimy w śluzie, na nabrzeżu zbiera się tłum. Słysze, że ktoś mnie woła - to Ela z Bernardem przyszli nas pożegnać. Jak miło! W dodatku chmury się rozeszły i można było zrobić jakieś przyzwoite zdjęcia. Cała naprzód z wieży przy śluzie (jak na lotnisku, tylko mniejsza) padła o 11-tej. No i ruszyliśmy. Wieża podziękowała nam i życzyła, żebyśmy przybili do Lizbony w lepszym czasie od Mira (Mir był lepszy w St.Malo). Publika biła brawo, nasi studenci robili pożegnalną falę i coś tam pokrzykiwali, my machanko...
i byle dalej, dalej, dalej, dalej, dalej...
Dopiero poza śluzą dało się zauważyć, że wiatr jest dość spory. Nie wiem, kiedy postawimy żagle, już mi za nimi tęskno, bo jednak na silniku to nie zabawa. Trasa z Gdyni do St.Malo wg. Moniki była zimna i niestety, duża część trasy na silniku, bo nie było odpowiedniego wiatru. Teraz wieje, ale pewnie musimy wyjść na odpowiednie wody, aby postawić żagle.
Na obiad- rosół z kluseczkami, kurczak w potrawce, kalafior z wody i ryż (trochę za słodki, z rodzynkami). Zjadliwe, ale to jednak nie klasa ś.p. Pana Leszka.
O 15:30 wcześniejsza kolacja w postaci prawdziwej uczty. Otóż prosię pieczone, bo dzisiaj obchodzimy 30-lecie Daru Młodzieży. Dar Młodzieży wypłynął w dziewiczy rejs 10 lipca 1982 r. pod komendą Tadeusza Olechnowicza.
I jak to mówią - reszta jest historią.
-----
Po przyjęciu u Komendanta - bo tak należałoby określić ową przyspieszoną kolację z prosięciem:
W mesie oficerskiej zebrała się stała załoga Daru i goście, oraz dwóch oficjeli STI (Sail Training International), którzy są obserwatorami w regatach. Ci dwaj panowie zachowali się pięknie, dla załogi i ścisłego kierownictwa przygotowali z okazji 30-lecia Daru Młodzieży skrzyneczkę Chateau du Papeneuff, bardzo dobrego francuskiego wina.
Komendant wygłosił przemowę, rozdał wszystkim symboliczne upominki, szef kuchni przystąpił do krajania prosiaka, a my do spożywania. Michał polał wino, wznieśliśmy drobne toasty i tak w radosnej atmosferze upłynęło nam popołudnie. Akurat siedziałam przy tych Francuzach z STI. Zagadnęłam, jak jedzonko im smakuje. Otóż wspaniałe, we Francji pieczone prosię podaje się przy bardzo wyjątkowych okazjach. No, u nas na Statku też, a okazja bardzo stosowna. Prosiaczkowi towarzyszyła sałata mieszana, małosolne zakiszone przez Szefa kuchni, do mięsa kilka sosików, w tym wspaniały tatarski, na deser ciasto drożdżowe z owocami i kruszonką. Francuzi zachwyceni.
O 18:30 alarm dla załogi i studentów - pod maszty!
No i na wantach zaczął się ruch jak na Marszałkowskiej, stawianie żagli. Wylazłam na moją ulubioną bakistę, żeby wszystko odpowiednio udokumentować. Poszło bardzo sprawnie - i natychmiast przechył kapitański,jak należało się spodziewać w tych warunkach, czyli ja spadam z koi. To znaczy nie spadam, bo przecież są dechy zabezpieczajace. Monika, prawie drzwi w drzwi ode mnie, ale na burcie Intendenckiej, będzie się za to przytulała do ściany.
Płyniemy na północ. Wyścig zaczyna się dopiero od pewnego punktu przed Biskajami, punktualnie o 10-tej rano we wtorek. Do tego czasu musimy się jakoś zabawiać, Komendant przyjął kurs na północ i płyniemy na Wyspy Brytyjskie, nie wiem, jak daleko, ale mamy sporo wolnego czasu do zagospodarowania.
Załoga i studenci skończyli manewry, na rufę przyszedł Jurek (operator z TV Gdańsk) z kamerą, filmował wszystko z dzioba, za nim Krysia (też tv przecież - TV Polonia, chociaż Krysia akurat na urlopie i prywatnie na Darze), no i Mira, było nie było dziennikarka morska i stara żeglara w jednej osobie. Właśnie wydała książkę (mam nadzieję, że dostanę egzemplarz). Zalegliśmy we czwórkę na pokładzie, podziwiając okoliczności przyrody, a jest co podziwiać. Słońce leje się sreberkiem po morzu od jednej strony, bieli grzywaczami od drugiej. Podróżują z nami dwaj gapowicze - gołębie pocztowe.
Wywiało mnie wystarczająco, pora na zajęcia jednoosobowe, mam książkę do poczytania. Oraz puszkę Leffe do wypicia (19:30). Wszyscy rozeszli się do zajęć w jednoosobowych "podgrupach".
Pogadałam z Rysiem Intendentem (pierwszy po Komendancie w hierarchii na statku, zaprzyjaźniliśmy się jeszcze w ub. roku). Rysiu zaprasza nas, Cztery Dziewczęta (Monika, Krysia, Mira i ja) do kajuty Komendanta na winko jutro wieczorem. Może pojutrze, bo nie wiadomo, co się może zdarzyć, zobaczymy.
Są zapasy, bo w St.Malo przybyło tego i owego. Przy okazji sprezentuję Komendantowi kanadyjską flachę, którą zakupiłam na okazję, Crown Royal (no, coś królewskiego w nazwie, skoro Król Artur nasz obchodzi za ileś tam dni czterdziestkę!).
"Dziewczęta" są nieco leciwe, ale za to przeurocze, a jakże, Mira i Monika to już weteranki na Darze, ja "bywała", można powiedzieć, a Krysia pierwszy raz. Chyba założymy jakieś towarzystwo albo co.
Tu musze napomknąć, że od 30 lat pływała na Darze sędziwa kobieta ze Szwajcarii. Pływała rok w rok, na jakimś wybranym odcinku (w zeszłym roku nie miałam okazji jej spotkać, zamustrowała się po mnie). Po raz pierwszy nie pojawiła się w tym roku i nie jest wpisana na listę, nie wiadomo, jak tam z nią i co się stało. W tym roku miałaby 88 lat. Była fizycznie całkiem sprawna podobno.
Z "turystów" sensu stricte płynie Stefen (Szwajcar), już po raz trzeci (w ub. roku go nie było), oraz jakaś młodsza para z Polski, jeszcze nie wiem, co za jedni, ale pewnie się dowiem, bo przyjacielscy i gadatliwi, a mamy 2 tygodnie na pokładzie.
Ja występuję na zasadzie owszem, turystki, ale swojaka z grona wtajemniczonych przy "ścisłym kierownictwie" (Komendant, Intendent Rysio i Starszy Steward, czyli Michał).
Tu wspomnę o Michale, otóż Michał pływa na Darze od samego początku, a pływał jeszcze na Darze Pomorza kilka lat! Jest jedynym członkiem załogi, który tak długo pływa (40 lat), i jedynym pozostałym członkiem z Daru Pomorza.
Bardzo profesjonalny pod każdym względem, a prywatnie uroczy, pełen humoru i tak dalej. Poznałam ścisłe kierownictwo na przyjątku u Moniki w ub. roku w Szczecinie, no a potem był mój pierwszy rejs. Dlatego jestem "swoja" i ścisłe kierownictwo wyściskało mnie na powitanie jak starą znajomą.
-----
Wieczorkiem późniejszym zebrałyśmy się z Moniką i Krysią u mnie w kajucie, Mira gdzieś się zaszyła. Monika przyniosła Captaina Morgana, którego nie może pić, ale dostała w prezencie od współwłaścicielki "Kapitana Borchardta", Haliny M.
Halinę poznałam w St.Malo na paradzie załóg - one już znały się z Moniką od jakiegoś czasu. Natknęły się na siebie, a parada była tuż obok Cafe St.Malo, gdzie spożywaliśmy w zacnym gronie owoce morza i napitki szlachetne. Zacne grono - Krysia, Monika, ja, Sławek z Anką i Młodym, Ela z Bernardem. Podczas gdy większość z nas wyległa fotografować, zawsze ktoś pilnował zastawionego stołu. Halina, słusznej postury kobieta w podeszłym wieku...oceniam ją na średnią czterdziestkę.
Zaprosiła nas na pokład Kapitana Borchardta w Lizbonie. Skrzętnie skorzystamy. O właśnie - ponieważ Brest wypadł z portów, do których zawijamy, do Lizbony przyturlamy się już 19-go lipca. Czyli wypada mi jeden dzień dłużej w Lizbonie.
No dobra...koja mnie woła gromkim głosem, północ niebawem.
------
Poniedziałek, 09.07.
O 8-mej tradycyjne podniesienie bandery.
Dzień szary, fala zdechła prawie, fluta, jak nic żagle dzisiaj zwiną przynajmniej na parę godzin. Jesteśmy pod Anglią, na 50-tym równoleżniku (nie wiem, na jakim południku, nie chciałam przeszkadzać w nawigacyjnym, studenci mają zajęcia). Jest zasięg telewizyjny, przy śniadaniu wiadomości, polscy siatkarze mistrzami LM.
W mesie pustki, Jurek wcześniej zjadł śniadanie i poleciał nadawać coś do swojej telewizorni - Jurek ma przywilej, kod komputerowy, ale klnie w żywy kamień, bo jest to wolne i ładowanie materiału zajmuje sporo czasu. Jurek jest z telewizji gdańskiej i dokumentuje ten rejs od wypłynięcia z Gdyni aż do Kadyksu, z tego mają wyjść migawki dla tv Gdańsk (Krysia upomina się o swoją warszawską TV Polonia, a nuż...), poza tym ma być dokument i jakiś film-opowieść o 30 latach Daru.

Mira z Moniką nie zjawiły się na śniadanie, natomiast przysiadła się para trzydziestoparolatków - myślałam, że to jacyś załoganci, ale nie, to małżeństwo z Connecticut, ona Polka, on Amerykanin. Trasa taka, jak moja, St.Malo do Lizbony. Wyjechali odpocząć po trudach bycia rodzicami przez 7 miesięcy - zostawili oseska pod opieką dziadków i zrobili sobie urlop, a rejs Darem wykupili sobie na aukcji Jurka Owsiaka w zeszłorocznej Orkiestrze Świątecznej. Ona sympatyczna, wysoka blondynka, gidyja taka, a on jeszcze nie wiem, misiowaty taki trochę, Zaznajomiliśmy się, więc pewnie z czasem dowiem się więcej.
Michał woła do Salonu Kapitańskiego na rytualną kawkę o 10-tej. Lecę.
--------
Ciepło, więc byczymy się na rufie, podpłynęliśmy pod brzegi Albionu, no to oczywiście jakaś mżawka się pojawiła i takie tam. Ostatni dzień przed regatami, więc luz, po południu zawracamy na właściwy kurs, żeby rano być o odpowiedniej porze na starcie. Z wielkich statków jest Dar, Mir, Juan Sebastian, Alexander Humboldt, Admiral Nelson, umknęły mi ze dwa inne.
Nie ma Sedova, Kruzenszterna, kolumbijskiej Glorii i paru innych wielkich, bo oni co 4 lata robią sobie swoisty zlot w Breście (dlatego dla regat Brest odpadł, bo tam tłumy).
Z polskich jest Kapitan Borchardt, Pogoria, Dar Szczecina, Zawisza,no i oczywiście Fryderyk Chopin.
A z Mirem to jest tak - Mir jest poprawioną wersją Daru, powstał w stoczni gdyńskiej 4 lata po Darze i Zygmunt Choreń Konstruktor) usprawnił tam sporo rzeczy, które w Darze działały nie tak, jak on sobie planował. Dlatego Mir jest szybszy. ALE...ale żeby był maksymalnie szybki, Ruchole przed rozpoczeciem wyścigów pozbywają się wszystkiego, czego tylko mogą, żeby tylko zwiększyć wyporność. Pozbywaja sie zapasów wody, na start jadą na silniku, żeby spalić jak największą ilość paliwa, dziwnym trafem gdzieś "gubią" im się szalupy ratunkowe, co już jest przecież zagrożeniem dla zycia ludzkiego w razie, gdyby była potrzeba ewakuacji. No ale tacy są Rosjanie, wpieriod za wszelką cenę. Pogoda co rusz, to zmienia się. Wiatr nam padł, więc na silniki, czyli ze my też zgubimy trochę paliwa po drodze. Po południu Artur doniósł w sekrecie, że i jemu doniesiono, że Mir już jest w rejonie startu - od St.Malo płynął na silnikach, skubany!
Książka, koja, kimonko.
-----------------
Wtorek, 10.07.
Na start przybyliśmy switem bladym, gdzieś na horyzoncie w rozsypce jednostki startujace w regatach. Wygląda to tak, że zjawiają się dwa okręty wojskowe, które tworzą swego rodzaju "bramę" na oceanie. Jednostki przechodzą przez tę bramę, a przedstawiciele ITS odnotowują czas. Mir wystartował pierwszy o 8-mej, o 9-tej my, za nami chyba Chopin, nie jestem pewna. Wiatr wiał, była nadzieja na sztorm, wtedy duje. Mnie się sztormu nie chciało, ale gdyby miało to coś pomóc...Bardzo szybko statki zniknęły nam z oczu. Po południu pojawił się od prawej burty Chopin i bardzo ładnie, długo nam towarzyszył.
Żartów nie ma, zaczął się wyścig i wachta jest pędzona do roboty, brasują reje w zależności od kierunku wiatru bez wytchnienia. Bosmani klną jak szewce, wydając komendy, zresztą, oni też zasuwają jak górnicy przodkowi. Jurek kręci, ja mu od czasu do czasu trzymam statyw, kiedy idzie zmieniać baterię do kamery - w ten sposób awansowałam na asystenta operatora i mogłam wejść, gdzie goście nie powinni się kręcić w czasie akcji, aby nie przeszkadzać w pracy.
W międzyczasie omal nie zalałam statku. Postanowiłam iśc pod prysznic i umyć głowę, a czasowo mi to zabiera, bo długie włosy. A tu nagle przechył, i to spory, i nie w tę stronę, w która powinien być dla mnie, tzn. nie w kierunku otworu odpływowego. Ale brodzik jest dosyć głęboki, więc wymierzyłam sobie, że akurat dam rade spłukać włosy, a potem popchnę wodę w kierunku spływu i jakoś się jej pozbędę. Oj, nie dało się. Brodzik miał słaby punkt i przelało się trochę na reszte łazienki, niby też brodzikowatej, ale w podłogę wchodziły też rury od umywalki i te były kiepsko izolowane, o czym jeszcze nie wiedziałam. Zakończyłam mycie i przystąpiłam do akcji przekierowywania do otworu ściekowego, najpierw z łazienki.
Nagle słyszę łomot do drzwi. Ubrałam maliniak, wychynęłam, a tam Piotr, młodszy steward i Marysia stewardessa - pani nas zalewa! Korytarzem płynie rzeczka, Marysia mopem zawraca rzeczkę, za chwilę chłopcy z kuchni mają wnosić do pentry kocioł gorącej zupę z kuchni...o rany! Marysia wróciła do obowiązków, wzięłam mopa i doprowadziłam do suchości moją łazienkę w tempie błyskawicznym, Piotrek skrzyknął dwóch Olafów Mocarnych, kazał im przynieść stare prześcieradła, wręczył mop i kazał wszystko osuszyć na korytarzu. Najpierw się sumitowałam, a potem pomyślałam sobie, że do cholery mogli mi powiedzieć, że są nieszczelności i w pewnych warunkach lepiej odpuścić sobie prysznic. Żeby nie było na mnie, opowiedziałam wszystko Michałowi i Rysiowi, kazali mi sie nie przejmować, bo "załoga musi być przygotowana na wszystkie scenariusze, takie też". No, polepszyło mi się, ale wolałabym takich sytuacji nie przerabiać.
Wieczorem Król Artur powiedział nam, że póki co, Mir ma nad nami przewagę, ale nie taka znaczną. Kierownictwo zmęczone, nie mamy czasu się napić. Artur podsypia, w nocy wychodzi na pokład i sprawdza, co się dzieje, mimo że na nocnej wachcie zastępuje go pierwszy oficer. Ale pańskie oko...itd.
Książka, koja, kimonko.
---------
Środa, 11.07
Dzisiaj na "portowy" maszt bandera. Generalnie robi się to tylko w portach, albo przy specjalnych okazjach. Dzisiejsza specjalna okazja to "wodowanie" książki. Mira Urbaniak napisała książkę, no i onaż własnie miała być wodowana (książka, nie Mira), to maltański zwyczaj. Książkę wodował sam Król Artur, ja i Krysia robiłyśmy z mostka kapitańskiego zdjęcia, Jurek nagrywał kamerą, Mira wygłosiła krótkie przemówienie przed wodowaniem i to też zostało nagrane.
Dla ścisłości - książka została umieszczona w sporej butli, nie wiem, czy to na zamówienie, czy jak to było zrobione, w kazdym razie tak to się odbyło. Artur rzucił, udało mu się walnąć butlą w napiętą wiatrem banderę (bo maszt portowy jest dość niski) i udało mi się w tym momencie zrobić zdjęcie.
Dzisiaj nieszczęścia chodziły po Michale, który codziennie o 10-tej robi dla nas czterech wiedźm kawę w salonie kapitańskim. Ustawił piękną darową porcelanę, cukier, mleczko, ciasteczka jak zwykle, poszedł do swojej kanciapy z ekspresem itd. po kawę. Pech chciał, nagły przechył, ale taki po byku! Filiżanki się sturlały (na szczęscie nie potłukły), najgorsze, że wylało się mleko na dość gęsty dywan, w końcu to salon kapitański. Przychodzimy - a tu Michał na kolanach ze specjalnym odkurzaczem-praczem i czyści ten dywan. Nie wiedziałyśmy o nieszczęściu, myślałyśmy, że Michał sprząta, więc nieśmiało pytamy, czy dostaniemy kawy...
Na co Michał - tak, dostaniecie, ale opierdol!
My niewinne lelije, on na to, że winne, krnąbrne i opieszałe, bo jak przyszłybyśmy 5 minut wcześniej, to już rozlałybyśmy sobie mleko po porcelanie i nieszczęścia by nie było.
Pogoda bardzo zmienna. Raz słońce, raz chmury, zmienne wiatry, ale podobno tak to jest na Biskajach. Studenci co chwila brasują przez ten wiatr zmienny, ale niech się uczą, nich się uczą! Krysia z Monika poszły po obiedzie na rufę, mnie się nie chce, poczytam coś, może potem wyjdę, a nuż się przejasni?
Zdecydowanie kuchnia zeszła na psy. U Pana Leszka było naprawdę urozmaicone jedzenie. Tutaj wczorajsza węgierska zupa mi smakowała, prosie pieczone było dobre, a poza tym ogóreczki małosolne i sałatki z buraczków. Reszta niestety, jadalna, ale nie podniecająca. Mnie obsługuje Michał - pamięta z ub. roku, ile ja zjadam. Nie cierpię zostawiać, a zawsze mogę poprosić o dokładkę. Idę na pokład, przeciera się, więcej słońca niż chmur.
-------
19:30. Słońce, przyjemnie, ale od paru godzin wiatr zdechły. A tu wyścig i nie wolno włączyć silników. Jakoś się bujamy. Poszłam na rufę - patrzę na zachód, a tam jakby gejzerek. Przywidziało mi się? Za chwilę znowu. Narobiłam szumu, wszyscy na prawej burcie, gapią się. Wieloryb nawet machnął ogonem, ale daleko, niestety. Krycha zauważyła delfiny za rufą. Też cholery trzymają się z daleka. No nic, zajrzę na pokład za chwilę, teraz wachtę z aparatem trzyma Krystyna.
--------
Panie zażyczyły sobie herbatki z Kpt.Morganem. Zaprosiłam, rozlałyśmy do kubków. Mira doszła do wniosku, żeby nam wręczyć po egzemplarzu swojej książki z odpowiednimi dedykacjami. Odbyło się uroczyste wręczanie, a jakże, a potem udałyśmy się na pokład w celu polowania na delfiny. Cholerne wieloryby ciągle są, ale daleko, prawie na horyzoncie. Złapać delfiny aparatem - ciężka sprawa, ale dałyśmy radę. Krysia nastawiła swojego EOS-a na trzaskanie serią i udało się całkiem-całkiem. Zresztą, im bliżej Lizbony, tym cieplejsze wody i według znawców tych wód, powinno być coraz więcej delfinów.
Książka, koja, kimonko, prawie północ.
-----------
12.07, czwartek
Słoneczko. Minęliśmy właśnie Finistere(?) - Przylądek Ciepłych Gaci (ciepłe gacie się zmienia na letnie), sztorm na Biskajach nas ominął, Komendant powiedział, że do Mira mamy jakieś 10 mil morskich, czyli circa 18km. Całkiem nieźle. Jeszcze 6 pełnych dni na morzu i 19-go zawijamy do Lizbony. Dzisiaj będzie chyba poleganie na rufie i pogaduchy w towarzystwie. Idę na kawę do kapitańskiego.
------------------------
Po południu. Leniwy dzień, wiatr taki sobie, za prędko nie płyniemy, ale Mira mamy w polu widzenia po naszej prawej burcie i niewatpliwie się do niego zbliżamy. Już samo to, że widzimy Mira oznacza, że wyszliśmy na prowadzenie, bo Mir wystartował godzinę przed nami. Oby tak dalej, oby trzymać!
W Lizbonie mieliśmy zawijać do portu 19-go, ale podobno możemy już 18-go, są na nas gotowi. No i tak prawdopodobnie będzie. czyli 2 dni więcej w Lizbonie, co mnie bardzo cieszy, bo jest tam co oglądać. I tak zostajemy na statku w sensie zakwaterowania. Na lotnisku powinnam być o nikczemnej godzinie 5-tej rano, zresztą, chciałabym być, bo im wcześniej, tym lepiej, wiem, na czym to polega, nie chciałabym znowu gdzieś tam na końcu samolotu siedzieć. Mira leci o 9:30, miałyśmy kombinować dojazd razem, ale ona przerażona moją godziną. Jasne, ona leci tylko do Paryża i może przyjść godzinę przed odlotem, ale nie ja - to jest lot międzykontynentalny i 270 ludzi do odprawy (w Toronto przyszłam ponad 3 godz. przed odlotem, a stałam w kolejce 1.5 godziny).
Panienki nie latają na lotach międzykontynentalnych i usiłują mi tłumaczyć jak krowie w rowie, że godzina wystarczy. Ojej, nikt mnie nie musi odprowadzać, dam radę! Tutejsze "do lotniska jest daleko" mnie nie przekonuje, bo ja mam inne pojęcie odległości. Zapytam oficera łacznikowego w Lizbonie, co radzi. Najwyżej po południu w sobotę udam się do hotelu lotniskowego, kosztowniej, ale mam zapewnione budzenie i nigdzie się nie muszę spieszyć. Zaoszczędziłam też trzy dodatkowe darmowe noce na statku...
No ale o to będę się martwić potem. Tymczasem idę podejrzeć, co tam Mir.
---------------
Szwajcar w ramach rozrywki właził na grota (trzecia platforma!), a ja robiłam mu zdjęcia. Ma doświadczenie ze wspinaczek wysokogórskich, poza tym kawał silnego chłopa - po prostu chleb z masłem dla niego. Pozwolenie miał na marsa, ale jak instruktor zobaczył jego możliwości wspinaczkowe, bez wahania poszli wyżej. Słoneczko, jest pięknie, ale już zeszłam z pokładu, bo młodzież brasuje reje, inni czyszczą metalowe części od rdzy i starej farby, a te maszynki są głośne, reszta maluje wyczyszczone papierem ściernym relingi. Poczytam coś.
-------------------
Szwajcar przyniósł mi swoja wizytówkę z adresem mailowym, obiecałam mu wysłać zdjęcia. Pracuje w Kunstmuseum Basel w Bazylei jako pracownik techniczny, tyle wyczytałam z wizytówki (Museumtechniker/Schreiner). Narobiłam mu tych zdjęć, powinno wyjść przynajmniej kilkanaście dobrych, skubany, miał błękitne niebo. Kazałam mu robić zdjęcia jego aparatem z góry i podesłać mi parę.
13.07.piątek
No, dobry poczatek (tfu-tfu-tfu!). Idziemy łeb w łeb z Mirem, czekamy tylko, kiedy zostawimy go za rufą. Może, a może nie - nie ma co chwalić dnia przed zachodem słońca. Metę powinniśmy osiągnąć gdzieś około północy. Nikt nic nie mówi, ale oprócz zwycięstwa bezwzględnego (które mamy jakby w kieszeni), dobrze byłoby w sensie fizycznym przekroczyć metę jako pierwsi. Metę wyznaczają współrzędne geograficzne - a to widać idealnie na przyrządach nawigatorskich, więc tu nie ma żadnych wątpliwości. Nie wiem, gdzie to dokładnie jest, ale nie wchodzę do nawigacyjnego i nie przeszkadzam, wszyscy obgryzają paznokcie. Jedyne co - Mir ma dokładnie taki sam wiatr, jak i my, wyżej d... nie podskoczy.
Do kolacji godzina, idę sprawdzić, co na pokładzie - może Mir już za rufą?
-------
22:00 Emocje, emocje! Rozpiłyśmy z dziewczynami butelkę bordeaux, które przywiozła nam do St.Malo Ela od łasuchów. Nerwy!
Na teraz wygląda tak - Mir wysunął się przed nami, ale czasowo daleko mu. Prowadzi Fryderyk Chopin w klasie A (chociaż fizycznie jest za nami, ale wyszedł nz stracie w godzinę po nas, na drugim miejscu my (i chyba tak zostaniemy, Mir nie ma szans uciec), na trzecim Mir, wieść niesie, że Pogoria za nami, ale to nieoficjalna wieść.
Meta będzie za jakieś 2-3 godziny, dokładnie nie wiem. Poczytam do tego czasu, na pokładzie ruch jak na Marszałkowskiej, studenci co chwila przebrasowują reje i lepiej usunąć się z placu. Wyjrzę za jakiś czas, póki co Mira, Monika i Krysia trzymają wachtę na rufowych bakistach, Jurek lata z kamerą i kręci, reszta pracuje.
A propos, jest zasięg komórkowy, więc kto nie ma wachty, wydzwania. Mira próbowała złapać zasięg swoim laptopem (samsung wielkości mojej Delli) za pomocą zewnętrznego modemu, ale coś nie może się załapać. Podobno w Lizbonie mamy mieć na statku wi-fi. To by było dobrze, bo wtedy mogłabym korzystać ze swojego laptopa. Zobaczymy.
----
Wszyscy wyleźli na pokład długo przed północą. Zdechła fala, zdechły wiatr, meta przed nami, jakoś doczłapiemy. Co chwila zmiana halsu, aby tylko złapać jakiś podmuch. O 0:20 syrena pokładowa dała głos, przekroczyliśmy linię mety. Za chwilę Komendant wygłosił krótką mowę - zostawiliśmy Mira 22 minuty za sobą, ten etap należy do Daru Młodzieży w cichej rozgrywce między dwoma siostrzanymi jednostkami. Miałyśmy się zebrać u Komendanta na symboliczną lampkę, ale Komendant do 1-szej w nocy był na mostku. Zasugerowałyśmy, że nie pospieszny toast, będziemy świętować następnego dnia. Ponieważ miałyśmy prawdziwego szampana (Sławek od łasuchów nam sprezentował), Krysia, Monika i ja udałyśmy się do mojej kajuty, zgarniając po drodze niestrudzonego operatora Jurka. Źle dla mnie, bo towarzystwo telewizyjne i opowieściom nie było końca, owszem wesołe, ale ja do powiedzenia nic w tym temacie nie miałam. O 3-ciej nad ranem wyrzuciłam towarzystwo, które już też mocno ziewające było. No i tyle.
----------
14.07.sobota
No, dzisiaj wreszcie jakiś wiatr, a gdzie był, jak był potrzebny?! Obraliśmy kierunek na nieco północny zachód. Do portu nie możemy wpłynąć wczesniej, jak 19-go, wtedy będa na nas gotowi. Te 5 dni - pobujamy się po oceanie, studenci będa ćwiczyć, a my relaks totalny. Czyli na Lizbonę będzie popołudnie 19-go, cały 20-ty i prawie cały 21-szy. Jednak szykuję się na hotel przy lotnisku, bez sensu byłoby w środku nocy szukać dojazdu do lotniska z portu. Zresztą, jeszcze się zorientuję w tej sprawie. Idę na pokład.
--------
Pokład na rufie - niebezpieczna rzecz. Nazywany bywa plażą, ale jak przychodzi do brasowania rej, z drogi śledzie, studenci mają robotę do wykonania. Bardzo leniwy dzień, wypełniony poleganiem na rufie, zajęciami w podgrupach, plotkowaniu, opalaniu, obijaniu się ogólnym i tak dalej.
Chyba jestem pod obstrzałem koleżanek, bo nie jem. To znaczy jem, ale ja tyle nie mogę, do jasnej cholery! Michał, pamiętający moje zwyczaje sprzed roku serwuje mi tyle, ile trzeba, po dokładkę mogę zawsze, ale nie jest mi ona potrzebna.
W tym roku panie skonsolidowały się przeciwko mnie (nawet Monika, która wie, ile jem). Szpileczki, że grymaszę i tak dalej. I że chcę pokazać. I że pewnie podjadam z pentry nocą, bo strategicznie moja kajuta jest tuż obok, a przed nimi udaję, bo JAK MOŻNA NIE JEŚĆ, jak tyle dobrego jest pod ręką prawie?! Ja nic nie pokazuję, ja po prostu nie mogę więcej, niż mogę. Hm. Zupełnie inaczej było rok temu, kiedy byłyśmy z Moniką we dwie.
To nie moja wina, że one obżerają się, a po 16-tej do pentry wstawia się na nocną zmianę załogi żarełko, oni schodzą z wachty wyprani z wysiłku, potrzebują zjeść. Kolacja jest o 18-tej, panie już sprawdziły w pentrze na nocne żarcie wystawiono, co tam jest i zjeść kapeczkę, czemu nie. Zostawcie dla tych, co pracują, za chwilę kolacja...
Monika opowiadała o blogu łasuchów dzisiaj, i jak się poznałyśmy i dlaczego ja tu jestem, Magda (siedzi naprzeciwko mnie przy stole) zauważyła, że ja jestem przeciwieństwem łasucha.
Lubię wszystkiego popróbować. Nażerać się nie lubię, byłabym chora. Inna perspektywa z tego rejsu, inne wrażenia. A poza tym to już nie jest kuchnia Pana Leszka, to nie te jego smakołyki, grzybki marynowane, szaszłyczki i tak dalej. Poprawna kuchnia, ale bez polotu, bo co to za kucharz, który na pierwsze daje krupnik, a na drugie kaszę z mięchem? Albo - zupa frutti di mare, a na drugie halibut smażony? To dla mnie jest masło maślane, masłem sklarowanym popijane. No ale w tej sprawie publicznie się nie odezwę, bo już byłabym tak grymaśna, że głowa boli.
A ja jestem na urlopie, na luzie, nikomu nie zwracam uwagi, nie krytykuję, nie mam szpilek, a czasami czuję się jak poduszeczka do wbijania tychże. Zagęszczenie kobiet, nie tych studencko-załoganckich, a turystycznych, pomysłem dobrym nie jest, zwłaszcza kobiet o zapędach pedagogicznych. Daaaaaaaaaaaaawno wyrosłam z wieku szkolnego...Lubię jasne komunikaty, jasne przekazy, żadnych tam wychowawczych gierek podjazdowych - przyjmuję ludzi, jakimi są, starsi już i się ich NIE WYCHOWA, i wypraszam sobie wchowywanie mnie. Tym bardziej, że jestem tu cicha, spokojna, nikomu nie wadzę i nikogo nie krytykuję. Baby w grupie są okropne. Każda z osobna - miodzio. W grupie - harpie. Taki fenomen.
Koja, książka, kimonko.
----------------
15.07. Niedziela
Dzisiaj igrzyska. Portugalię mamy za burtą, stanęliśmy w dryft bez żagli, dzisiaj totalny odpoczynek. Urodziny Mirka, małżonka pani dziekan (Szkoła Główna Handlowa czy jakoś tak). Magda prosiła, żeby kucharz podał ciasto do kawy o 15-tej, to odśpiewamy sto lat i tak dalej. Ależ tam! Szczęka Magdzie opadła, kiedy zeszła do kuchni po ciasto. Pan piekarz upiekł biszkopt i wyrychtował znakomity tort! Mirek został zupełnie zaskoczony, wchodzi do mesy - a tu towarzycho , tort i sto lat! Lepszej czterdziestki nie mógł sobie wymarzyć.
Komendant zaprosił nas do salonu, Rysio zaserwował Grand Marnier, no i tak obchodziliśmy urodziny.
Wieczorem zebrały się wiadome BABY oraz Jurek, babski król. Wypiliśmy po odrobinie whiskey udając, że to herbata, bo nie mogliśmy gorszyć pętającej się tu i ówdzie pracującej młodzieży.
Od paru dni śledzę w godzinach pokolacyjnych Tour de Pologne. Przez 5 etapów liderem był Polak, ale dzisiaj na mecie w Bukowinie Tatrzańskiej niestety, pożegnał się z koszulką lidera. Jutro ostatni etap - Kraków.
Poplotkuję trochę (wiem od Rysia). Jest na statku takie smutne dziewczę, córka kierownika nauk. Piętnastolatka. Myślałam - pewnie nudzi się potwornie, bo studenci dla niej za starzy, a starzy to w ogóle. Okazało się, że statek to swoiste zesłanie dla piętnastoletniego ćpuna, tatuś postanowił ją odseparować od towarzystwa. Dobry sposób. Dziewczyna w końcu zaprzyjaźniła się z jedną ze studentek, bo do kogoś musi się odzywać przez te 2 miesiące, nie tylko do taty.
Koja, książka, komarek.
-------------------------------
16.07.Poniedziałek
Szwagierka Ewy Amerykanki dostała się na Queens University (literatura). Dałam Ewie moją wizytówkę i spojrzawszy na nią Ewa zapytała, czy to TO miasto, gdzie jest niejaki Queens University. James (mąż Ewy) był bardzo sceptyczny, czy to dobry wybór, ale siostra była tu latem i bardzo jej się podobało. Ale zima, zima! - powiada James. Zimą po pierwsze studenci musza się uczyć, a po drugie to żabi skok z Connecticut i nie taka wielka różnica, jeśli chodzi o klimat. Prawie żadna.
------------
Późny wieczór, niedługo północ, bo czas nam się przesunął, jestem bliżej domu o jedna strefę czasową. Stoimy na kotwicy w Lizbonie, jak i wiele innych zaglowców z Regat. Jutro o 19-tej jestesmy umówieni z pilotem i cumujemy na kei tuż pod lizbońską Starówką. Pięknie dzisiaj było - płynelismy spokojnie wzdłuż wybrzeży Portugalii, całkiem blisko, popołudniem późnym minęliśmy najdalej wysunięty na zachód punkt Europy - Capo di Rocca. Słońce, ale cały czas chłodnawa bryza oceaniczna. Za Capo di Rocca skręciliśmy na wschód nieco, przed Lizboną. Od lądu buchnęło jak z pieca, coś niesamowitego. A teraz na kotwicowisku - zbliża się północ i jest gorąco, komfortowe miejsce to kajuta, gdzie jest klimatyzacja.
Jutro studenci pucują statek (już dzisiaj dwa razy szorowali pokład!), relingi częściowo pomalowane, reszta jutro, na tych pomalowanych już zdążyła zebrać się sól, więc jedni będa czyscić, inni malować. Na 19-tą statek ma być na błysk, bo we środę zawitaja pierwsi goście, mieszkańcy Lizbony.
Rysio był uprzejmy mnie powiadomić, że będę się musiała przenieść do innej kajuty, bo moją zajmie prezydent Szczecina. Ja moją mam do 20-go, a potem teoretycznie niby schodzę z pokładu, ale mnie przytulą jeszcze na jedna noc - jest jeszcze jedna wolna kabina, ale widać niezbyt pańska, jak na prezydenta Szczecina na przykład. Z prezydentem Szczecina mamy na pieńku, bo podał na facebooku wiadomość, że pierwszy Chopin, i że Mir pierwszy przekroczył linię mety (cep głupi - to nie o taka pierwszość chodziło, to był wyścig na czas!), o Darze nie wspomniał. Monika z Krysią natychmiast dały słuszny odpór potwarzy, nadały stosowny sms do Wawrzka, a Wawrzek umiescił go na facebooku. Prezydent (z zawodu dziennikarz, ale chwilowo polityk) dostał opieprz o dziennikarska nierzetelność i póki co - milczy.
Dziewczyny poprosiły, żebym opuszczajac kajutę armatorską powbijała jakieś pinezki. Albo szpilki chociaż.
Prawie północ. Jutro będe miała na statku wi-fi, ale nie wiem kiedy, bo do portu wejdziemy gdzieś ok.20-tej i wtedy pojawią się oficerowie łącznikowi.
Artur musi wpłacić jakąś drobną kaucje za urzadzenie, które trzeba będzie zamontować na statku - i już będę w sieci.
Fajnie. A zapowiadało się, że wczesniej niż 19-go nie wejdziemy, tymczasem już jutro będziemy na kei, i to w znakomitym punkcie miasta. Krynia będzie za przewodniczkę, bo przestudiowała 3 przewodniki po Lizbonie i wie, jak najlepiej wykorzystać czas, te 4 dni. Czwartego po kolacji wybywam do hotelu lotniskowego, teoretycznie, bo w praktyce to dopiero oficerowie łącznikowi z Lizbony powiedzą, co jest przygotowane na różne okoliczności, jakie udogodnienia dla tych, co schodzą z pokładu i lecą w świat.
Koja, książka (na co mi zeszło - "Ultimatum Bourne'a" Ludluma!), kimanko.
-----------------
17.07.Lisboa Harbour
Świt blady, 15 minut do wciągnięcia bandery. Wyszłam na pokład - bardzo ciepło, martwa fala, prawie lustro. Niedaleko nas Alexander Humboldt na kotwicy i kilka innych, ale nie wiem, jakie, bo są od wschodniej strony i słońce mnie oślepia, mimo okularów. Zdaje się, że czeka nas jakieś 12 godzin do wejścia do portu. Do tego czasu będziemy się byczyć na pokładzie, a młodzież pucować statek. Pokład już wczoraj dwukrotnie szorowali, ale Komendant pewnie zadba o to, żeby mieli co robić.
Żagle zwinięte i tak chyba już zostanie do czasu wypłynięcia w morze do Kadyksu. W Kadyksie częściowa wymiana załogi i chyba reszta gości wysiada. Idę na pokład, za 10 minut bandera.
----------
Południe. Fluta, wokół statku pływają ryby, podpływają też łodzie z nabrzeża. Sporo łodzi z dziećmi. Jakiś samolocik akrobata przefrunął, zrobił piękną beczkę, potem świecę w niebo i oddalił się korkociągiem w stronę lądu.
Na pokładzie upał, byłam prawie dwie godziny - poczytałam, używając relingu jak pulpitu. Nie da się siedzieć ani tym bardziej leżeć, za gorąco. Chciałam się przejść po pokładzie - mowy nie ma. Teakowe deski rozgrzane jak patelnia. Do obiadu pół godziny, odpoczywam w komfortowej temperaturze klimatyzowanej kajuty.
-------------
O 15:00 zabawa. Skakanie z trapu do wody. Wysokość ok.6 metrów. Ja się na to nie pisałam, skoczyć to pół biedy, ale potem wyjść na pokład te 6 metrów po drabince, to nie jest łatwa sprawa. W dodatku z jedną zwichrowaną ręką - trzeba się cały czas podciągać na rękach własnie, a drabinka na zwyczaj pójścia w niewygodny odchył. Nawet nie musiałam sobie przemawiać do rozumu, po prostu nie dla mnie te zabawy. To młodzież miała zabawę, ale wszystkich zakasował, Szwajcar, który skakał w pięknym stylu na główkę. No i pływak znakomity.
17:15 - silniki w ruch, będziemy się turlać w stronę rzeki, pilot ma nas przejąć pod mostem jakimś i doprowadzić do portu pod starym miastem. Zaraz idę na pokład dokumentować wszystko, wreszcie krajobraz się trochę zmieni.
podobno mniej więcej o 21-szej powinniśmy cumować. Natychmiast udajemy się z Krysią na ląd w poszukiwaniu jakiejś knajpki, gdzie można zjeść frutti di mare i ewentualnie napić się jakiegoś porto. Będziemy w centrum, więc powinnyśmy coś znaleźć bez trudu. Lecę na pokład.
------------------------------------
1:30 czasu miejscowego i noc już ciemna, aczkolwiek Lizboa zaczyna życie po 22-giej. Zacumowaliśmy na kei przed 21-szą. Faktycznie, jesteśmy w centrum starego miasta, a raczej przy. Wchodzenie do starego portu było cudne - zrezygnowałam z kolacji (wszyscy się zatroskali, że umrę z głodu, a dla mnie kluchy to żadna kolacja). Przede wszystkim jak w San Francisco - stary port jest nad rzeką, a dwa brzegi rzeki spina replika Golden Gate Bridge.
Dopóki nie weszliśmy w koryto rzeki, była jaka taka bryza od zatoki i Atlantyku. Nagle buchnęło jak z pieca - gorący wiatr, porywisty wręcz, tak jakby ktoś otworzył piekarnik i dmuchał mocno w naszą stronę.
W końcu zacumowaliśmy, tuż przed Humboldtem. Przed nami miejsce, myślę, ze to dla Mira, tradycyjnie te jednostki cumują koło siebie.
Mnie i Amerykaninowi nie wolno było zejść z pokładu (błąd, że nie zabrałam paszportu polskiego - byłabym obywatelem EU, ale...Kanadyjczycy mogą w Europie bezwizowo!), ale Rysio nic nie widział, nic nie słyszał...zeszliśmy.Amerykanie i Dziekanostwo pognali w miasto, a my z Krysią spokojnie, powolutku. Wszyscy mieli nadzieje, że słońce zajdzie i zrobi się chłodno. Nie ma takiej możliwości!
Po prostu mury oddają ciepło. Stare miasto (Alfama) jest na stromych pagórach, uliczki wąskie i bardzo strome, a tak wyslizganych bruków nie widziałam nigdzie na świecie. Jeszcze te "drogowe", do jazdy wszelkimi pojazdami - owszem. Ale wąziuteńkie chodniki, wyłożone drobną kostką, są po prostu niebezpieczne dla dla zdrowia. Jazda jak po lodowisku.
Zasiadłysmy z Krysią w knajpie - ogródku, na takim małym placyku. PIWO!!! ZIMNE PIWO!!! Krzyknęłysmy gromkim głosem i owszem, podano nam piwo, carpaccio z lokalnego pysznego salami i pieczony jakis ser, plus museczka oliwek - te dodatki to do piwa, na dzień dobry i bez opłaty. Zamówiłyśmy sardynki, bo wszyscy się tymi sardynkami zachwycają. To nie są sardynki, tylko SARDYNY, takie wielgie! Smażone. Owszem, pyszne, ale ja w tym upale wtrząchnęłam jedną, Krysia z pewnymi oporami moralnej natury zjadła resztę, czyli 4. Cena niezbyt wygórowana, 7 euro. Już wykombinowałysmy z Krysią w Paryżu, że nie warto zamawiać wiele, jeden talerzyk, a potem ewentualnie dobrać coś. W życiu by mi więcej nie przeszło - wymiotłam oliwki, spróbowałam carpaccio i serka, no i tę sardynkę. Północ, a na termometrze 34C.
Wracając, wstąpiłyśmy do sklepu, zakupiłyśmy strategiczną ilość zimnego piwa i urządziłyśmy Night Club na rufie. Krysia, Monika, ja i nasz babski król Jurek. No i tak nam zeszło.
Jeszcze uwaga na temat piwa - złe ono nie jest, jak się otwiera butelkę, to chmielem jedzie, ALE...ale charakteru wyrazistego to ono nie ma. Popróbowałam trzy lokalne, portugalskie cervezy i zdaje się, że zejdę na heinekeny i tym podobne. Bo bez piwa tu sie nie da przeżyć, to pewne!
Koja, książka, kimono.
---------------------------



7/27/12

to rolewska






Podsyłam dziennik pokładowy, tylko do własnej wiadomosci


P.S.
Haneczko,
na tym skończyłam dziennik pokładowy i nie spisywałam tego, co na ladzie, raczej fotografowałam i cos tam na blogu zapodawałam. Jerzor ma pretensje, że dziennik "urwany". Przeciez słałam do niego codzienne maile!

Alicja Adwent <alicja.adwent@gmail.com>


8/13/12

to ewa.sidwa






Podsyłam dziennik pokładowy , spisywałam go codziennie (ja tak zawsze robie w podrózach) i nie zmieniłam niczego. O Was pewnie też tam jest, nie miejcie mi za złe! Trzymaj ten "dziennik" dla siebie, wolałabym go nie upubliczniać i nie edytować, żeby się nikt nie obraził.
A.


Dziennik_pokładowy-Dar Młodzieży 2012

Załoga + studenci + goście = 171 sztuk

Niedziela, 08.07.2012, Zatoka Korsarzy, St.Malo
Dzisiaj wypływamy w morze. O 8:00 jak co dzień została wciągnięta bandera - taki zwyczaj. Goście i starszyzna załogi na górnym pokładzie ustawieni pod relingami, na dolnym pokładzie reszta załogi. Baczność na czas wciągania bandery, po wciągnięciu bandery Komendant podchodzi do każdego "górnopokładowca" i wita się mocnym uściskiem dłoni i zwyczajowym "dzień dobry".
Wypływamy o 9:00, i to precyzyjnie, bo statki muszą przechodzić przez śluzę, pojedynczo. Najpierw my, za nami Mir, a potem następni.
Komendant powiada, że Fryderyk Chopin wychodzi dopiero o północy. Tutaj przypływy i odpływy sterują tymi rzeczami. Na dzisiejsze przedpołudnie zaplanowano największe jednostki.
Idę na śniadanie (8:30)
Po śniadaniu (kiełbaski babuni + grapefruit)jesteśmy gotowi na wszystko. Chmury i dość ponuro, wieje chłodny wiaterek. Miał przyjsć Sławek z Anką nas pożegnać, ale nabrzeże idealnie puste. Jedynie nasi dwaj oficerowie łącznikowi przyszli się pożegnać.Staliśmy dość długo i cierpliwie, w końcu około 10-tej odcumowaliśmy, holownik odciągnął nas do tyłu i zaczęliśmy się obracać dziobem w kierunku śluzy. Pomachała nam "Pogoria", ale bliźniaczy Mir, którego mijaliśmy, nie wykazał zainteresowania. Zazwyczaj załogi wylegają na pokład i machają przyjaźnie tych, co odpływają. Tak zrobił stojący za Mirem hiszpański Juan Sebastian Delcano (militarna jednostka). Zwyczaj każe też, żeby dać głos syreną pokładową.Mirowi chyba odebrało głos, albo co...

No i stoimy w śluzie, na nabrzeżu zbiera się tłum. Słysze, że ktoś mnie woła - to Elap z Bernardem przyszli nas pożegnać. Jak miło! W dodatku chmury się rozeszły i można było zrobić jakieś przyzwoite zdjęcia. Cała naprzód z wieży przy śluzie (jak na lotnisku, tylko mniejsza) padła o 11-tej. No i ruszyliśmy. Wieża podziękowała nam i życzyła, żebyśmy przybili do Lizbony w lepszym czasie od Mira (Mir był lepszy w St.Malo). Publika biła brawo, nasi studenci robili pożegnalną falę i coś tam pokrzykiwali, my machanko...


i byle dalej, dalej, dalej, dalej, dalej...
Dopiero poza śluzą dało się zauważyć, że wiatr jest dość spory. Nie wiem, kiedy postawimy żagle, już mi za nimi tęskno, bo jednak na silniku to nie zabawa. Trasa z Gdyni do St.Malo wg. Moniki była zimna i niestety, duża część trasy na silniku, bo nie było odpowiedniego wiatru. Teraz wieje, ale pewnie musimy wyjść na odpowiednie wody, aby postawić żagle.
Na obiad- rosół z kluseczkami, kurczak w potrawce, kalafior z wody i ryż (trochę za słodki, z rodzynkami). Zjadliwe, ale to jednak nie klasa ś.p. Pana Leszka.
O 15:30 wcześniejsza kolacja w postaci prawdziwej uczty. Otóż prosię pieczone, bo dzisiaj obchodzimy 30-lecie Daru Młodzieży. Dar Młodzieży wypłynął w dziewiczy rejs 10 lipca 1982 r. pod komendą Tadeusza Olechnowicza.
I jak to mówią - reszta jest historią.
-----
Po przyjęciu u Komendanta - bo tak należałoby określić ową przyspieszoną kolację z prosięciem:

W mesie oficerskiej zebrała się stała załoga Daru i goście, oraz dwóch oficjeli STI (Sail Training International), którzy są obserwatorami w regatach. Ci dwaj panowie zachowali się pięknie, dla  ścisłego kierownictwa przygotowali z okazji 30-lecia Daru Młodzieży skrzyneczkę Chateau du Pape neuff, bardzo dobrego francuskiego wina.


Komendant wygłosił przemowę, rozdał wszystkim symboliczne upominki, szef kuchni przystąpił do krajania prosiaka, a my do spożywania. Michał polał wino, wznieśliśmy drobne toasty i tak w radosnej atmosferze upłynęło nam popołudnie. Akurat siedziałam przy tych Francuzach z STI.
Zagadnęłam, jak jedzonko im smakuje. Otóż wspaniałe, we Francji pieczone prosię podaje się przy bardzo wyjątkowych okazjach. No, u nas na Statku też, a okazja bardzo stosowna. Prosiaczkowi towarzyszyła sałata mieszana, małosolne zakiszone przez Szefa kuchni, do mięsa kilka sosików, w tym wspaniały tatarski, na deser ciasto drożdżowe z owocami i kruszonką. Francuzi zachwyceni.
O 18:30 alarm dla załogi i studentów - pod maszty!
No i na wantach zaczął się ruch jak na Marszałkowskiej, stawianie żagli. Wylazłam na moją ulubioną bakistę, żeby wszystko odpowiednio udokumentować. Poszło bardzo sprawnie - i natychmiast przechył kapitański,jak należało się spodziewać w tych warunkach, czyli ja spadam z koi. To znaczy nie spadam, bo przecież są dechy zabezpieczajace. Monika, prawie drzwi w drzwi ode mnie, ale na burcie Intendenckiej, będzie się za to przytulała do ściany.
Płyniemy na północ. Wyścig zaczyna się dopiero od pewnego punktu przed Biskajami, punktualnie o 10-tej rano we wtorek. Do tego czasu musimy się jakoś zabawiać, Komendant przyjął kurs na północ i płyniemy na Wyspy Brytyjskie, nie wiem, jak daleko, ale mamy sporo wolnego czasu do zagospodarowania.

Załoga i studenci skończyli manewry, na rufę przyszedł Jurek (były operator z TV Gdańsk, teraz niezależny) z kamerą, filmował wszystko z dzioba, za nim Krysia (też tv przecież - TV Polonia, chociaż Krysia akurat na urlopie i prywatnie na Darze), no i Mira, było nie było dziennikarka morska i stara żeglara w jednej osobie. Właśnie wydała książkę (mam nadzieję, że dostanę egzemplarz). Zalegliśmy we czwórkę na pokładzie, podziwiając okoliczności przyrody, a jest co podziwiać. Słońce leje się sreberkiem po morzu od jednej strony, bieli grzywaczami od drugiej. Podróżują z nami dwaj gapowicze - gołębie pocztowe.


Wywiało mnie wystarczająco, pora na zajęcia jednoosobowe, mam książkę do poczytania. Oraz puszkę Leffe do wypicia (19:30). Wszyscy rozeszli się do zajęć w jednoosobowych "podgrupach".
Pogadałam z Rysiem Intendentem (pierwszy po Komendancie w hierarchii na statku, zaprzyjaźniliśmy się jeszcze w ub. roku). Rysiu zaprasza nas, Cztery Dziewczęta (Monika, Krysia, Mira i ja) do kajuty Komendanta na winko jutro wieczorem. Może pojutrze, bo nie wiadomo, co się może zdarzyć, zobaczymy.
Są zapasy, bo w St.Malo przybyło tego i owego. Przy okazji sprezentuję Komendantowi kanadyjską flachę, którą zakupiłam na okazję, Crown Royal (no, coś królewskiego w nazwie, skoro Król Artur nasz obchodzi za ileś tam dni czterdziestkę!).
"Dziewczęta" są nieco leciwe, ale za to przeurocze, a jakże, Mira i Monika to już weteranki na Darze, ja "bywała", można powiedzieć, a Krysia pierwszy raz. Chyba założymy jakieś towarzystwo albo co.
Tu musze napomknąć, że od 30 lat pływała na Darze sędziwa kobieta ze Szwajcarii. Pływała rok w rok, na jakimś wybranym odcinku (w zeszłym roku nie miałam okazji jej spotkać, zamustrowała się po mnie). Po raz pierwszy nie pojawiła się w tym roku i nie jest wpisana na listę, nie wiadomo, jak tam z nią i co się stało. W tym roku miałaby 88 lat. Była fizycznie całkiem sprawna podobno.
Z "turystów" sensu stricte płynie Stefen (Szwajcar), już po raz trzeci (w ub. roku go nie było), oraz jakaś młodsza para z Polski, jeszcze nie wiem, co za jedni, ale pewnie się dowiem, bo przyjacielscy i gadatliwi, a mamy 2 tygodnie na pokładzie.
Ja występuję na zasadzie owszem, turystki, ale swojaka z grona wtajemniczonych przy "ścisłym kierownictwie" (Komendant, Intendent Rysio i Starszy Steward, czyli Michał).
Tu wspomnę o Michale, otóż Michał pływa na Darze od samego początku, a pływał jeszcze na Darze Pomorza kilka lat! Jest jedynym członkiem załogi, który tak długo pływa (40 lat), i jedynym pozostałym członkiem z Daru Pomorza.
Bardzo profesjonalny pod każdym względem, a prywatnie uroczy, pełen humoru i tak dalej. Poznałam ścisłe kierownictwo na przyjątku u Moniki w ub. roku w Szczecinie, no a potem był mój pierwszy rejs. Dlatego jestem "swoja" i ścisłe kierownictwo wyściskało mnie na powitanie jak starą znajomą.
-----
Wieczorkiem późniejszym zebrałyśmy się z Moniką i Krysią u mnie w kajucie, Mira gdzieś się zaszyła. Monika przyniosła Captaina Morgana, którego nie może pić, ale dostała w prezencie od współwłaścicielki "Kapitana Borchardta", Haliny M.

Halinę poznałam w St.Malo na paradzie załóg - one już znały się z Moniką od jakiegoś czasu. Natknęły się na siebie, a parada była tuż obok Cafe St.Malo, gdzie spożywaliśmy w zacnym gronie owoce morza i napitki szlachetne. Zacne grono - Krysia, Monika, ja, Sławek z Anką i Młodym, Ela z Bernardem. Podczas gdy większość z nas wyległa fotografować, zawsze ktoś pilnował zastawionego stołu. Halina, słusznej postury kobieta w "podeszłym wieku"...oceniam ją na średnią czterdziestkę.


Zaprosiła nas na pokład Kapitana Borchardta w Lizbonie. Skrzętnie skorzystamy. O właśnie - ponieważ Brest wypadł z portów, do których zawijamy, do Lizbony przyturlamy się już 19-go lipca. Czyli wypada mi jeden dzień dłużej w Lizbonie.
No dobra...koja mnie woła gromkim głosem, północ niebawem.
------
Poniedziałek, 09.07.
O 8-mej tradycyjne podniesienie bandery.
Dzień szary, fala zdechła prawie, fluta, jak nic żagle dzisiaj zwiną przynajmniej na parę godzin. Jesteśmy pod Anglią, na 50-tym równoleżniku (nie wiem, na jakim południku, nie chciałam przeszkadzać w nawigacyjnym, studenci mają zajęcia). Jest zasięg telewizyjny, przy śniadaniu wiadomości, polscy siatkarze mistrzami LM.
W mesie pustki, Jurek wcześniej zjadł śniadanie i poleciał nadawać coś do swojej telewizorni - Jurek ma przywilej, kod komputerowy, ale klnie w żywy kamień, bo jest to wolne i ładowanie materiału zajmuje sporo czasu. Jurek jest z telewizji gdańskiej i dokumentuje ten rejs od wypłynięcia z Gdyni aż do Kadyksu, z tego mają wyjść migawki dla tv Gdańsk (Krysia upomina się o swoją warszawską TV Polonia, a nuż...), poza tym ma być dokument i jakiś film-opowieść o 30 latach Daru.

Mira z Moniką nie zjawiły się na śniadanie, natomiast przysiadła się para trzydziestoparolatków - myślałam, że to jacyś załoganci, ale nie, to małżeństwo z Connecticut, ona Polka, on Amerykanin. Trasa taka, jak nasza, St.Malo do Lizbony. Wyjechali odpocząć po trudach bycia rodzicami przez 7 miesięcy - zostawili oseska pod opieką dziadków i zrobili sobie urlop, a rejs Darem wykupili sobie na aukcji Jurka Owsiaka w zeszłorocznej Orkiestrze Świątecznej. Ona sympatyczna, wysoka blondynka, gidyja taka, a on jeszcze nie wiem, misiowaty taki trochę, Zaznajomiliśmy się, więc pewnie z czasem dowiem się więcej.
Michał woła do Salonu Kapitańskiego na rytualną kawkę o 10-tej. Lecę.
--------

Ciepło, więc byczymy się na rufie, podpłynęliśmy pod brzegi Albionu, no to oczywiście jakaś mżawka się pojawiła i takie tam. Ostatni dzień przed regatami, więc luz, po południu zawracamy na właściwy kurs, zeby rano być o odpowiedniej porze na starcie. Z wielkich statków jest Dar, Mir, Juan Sebastian, Alexander Humboldt, Admiral Nelson, umknęły mi ze dwa inne.


Nie ma Sedova, Kruzenszterna, kolumbijskiej Glorii i paru innych wielkich, bo oni co 4 lata robią sobie swoisty zlot w Breście (dlatego dla regat Brest odpadł).
Z polskich jest Kapitan Borchardt, Pogoria, Dar Szczecina, Zawisza,no i oczywiście Fryderyk Chopin.

A z Mirem to jest tak - Mir jest poprawioną wersją Daru, powstał w stoczni gdyńskiej 4 lata po Darze i Zygmunt Choreń, konstruktor) usprawnił tam sporo rzeczy, które w Darze działały nie tak, jak on sobie planował. Dlatego Mir jest szybszy. ALE...ale żeby był maksymalnie szybki, Ruchole przed rozpoczeciem wyścigów pozbywają się wszystkiego, czego tylko mogą, żeby tylko zwiększyć wyporność. Pozbywaja sie zapasów wody, na start jadą na silniku, żeby spalić jak największą ilość paliwa, dziwnym trafem gdzieś "gubią" im się szalupy ratunkowe, co już jest przecież zagrożeniem dla zycia ludzkiego w razie, gdyby była potrzeba ewakuacji. No ale tacy są Rosjanie, wpieriod za wszelką cenę. Pogoda co rusz, to zmienia się. Wiatr nam padł, więc na silniki, czyli ze my też zgubimy trochę paliwa po drodze. Po południu Artur doniósł w sekrecie, że i jemu doniesiono, że Mir już jest w rejonie startu - od St.Malo płynął na silnikach, skubany!


Książka, koja, kimonko.
-----------------
Wtorek, 10.07.
Na start przybyliśmy switem bladym, gdzieś na horyzoncie w rozsypce jednostki startujace w regatach. Wygląda to tak, że zjawiają się dwa okręty wojskowe, które tworzą swego rodzaju "bramę" na oceanie. Jednostki przechodzą przez tę bramę, a przedstawiciele ITS odnotowują czas. Mir wystartował pierwszy o 8-mej, o 9-tej my, za nami chyba Chopin, nie jestem pewna. Wiatr wiał, była nadzieja na sztorm, wtedy duje. Mnie się sztormu nie chciało, ale gdyby miało to coś pomóc...Bardzo szybko statki zniknęły nam z oczu. Po południu pojawił się od prawej burty Chopin i bardzo ładnie, długo nam towarzyszył.
Żartów nie ma, zaczął się wyścig i wachta jest pędzona do roboty, brasują reje w zależności od kierunku wiatru bez wytchnienia. Bosmani klną jak szewce, wydając komendy, zresztą, oni też zasuwają jak górnicy przodkowi. Jurek kręci, ja mu od czasu do czasu trzymam statyw, kiedy idzie zmieniać baterię do kamery - w ten sposób awansowałam na asystenta operatora i mogłam wejść, gdzie goście nie powinni się kręcić w czasie akcji, aby nie przeszkadzać w pracy.

W międzyczasie omal nie zalałam statku. Postanowiłam iśc pod prysznic i umyć głowę, a czasowo mi to zabiera, bo długie włosy. A tu nagle przechył, i to spory, i nie w tę stronę, w którą powinien być dla mnie, tzn. nie w kierunku otworu odpływowego. Ale brodzik jest dosyć głęboki, więc wymierzyłam sobie, że akurat dam rade spłukać włosy, a potem popchnę wodę w kierunku spływu i jakoś się jej pozbędę. Oj, nie dało się. Brodzik miał słaby punkt i przelało się trochę na reszte łazienki, niby też brodzikowatej, ale w podłogę wchodziły też rury od umywalki i te były kiepsko izolowane, o czym jeszcze nie wiedziałam. Zakończyłam mycie i przystąpiłam do akcji przekierowywania do otworu ściekowego, najpierw z łazienki.


Nagle słyszę łomot do drzwi. Ubrałam maliniak, wychynęłam, a tam Piotr, młodszy steward i Marysia stewardessa - pani nas zalewa! Korytarzem płynie rzeczka, Marysia mopem zawraca rzeczkę, za chwilę chłopcy z kuchni mają wnosić do pentry kocioł gorącej zupę z kuchni...o rany! Marysia wróciła do obowiązków, wzięłam mopa i doprowadziłam do suchości moją łazienkę w tempie błyskawicznym, Piotrek skrzyknął dwóch Olafów Mocarnych, kazał im przynieść stare prześcieradła, wręczył mop i kazał wszystko osuszyć na korytarzu. Najpierw się sumitowałam, a potem pomyślałam sobie, że do cholery mogli mi powiedzieć, że są nieszczelności i w pewnych warunkach lepiej odpuścić sobie prysznic. Żeby nie było na mnie, opowiedziałam wszystko Michałowi i Rysiowi, kazali mi sie nie przejmować, bo "załoga musi być przygotowana na wszystkie scenariusze, takie też". No, polepszyło mi się, ale wolałabym takich sytuacji nie przerabiać.
Wieczorem Król Artur powiedział nam, że póki co, Mir ma nad nami przewagę, ale nie taka znaczną. Kierownictwo zmęczone, nie mamy czasu się napić. Artur podsypia, w nocy wychodzi na pokład i sprawdza, co się dzieje, mimo, że na nocnej wachcie zastępuje go pierwszy oficer. Ale pańskie oko...itd.
Książka, koja, kimonko.
---------
Środa, 11.07
Dzisiaj na "portowy" maszt bandera. Generalnie robi się to tylko w portach, albo przy specjalnych okazjach. Dzisiejsza specjalna okazja to "wodowanie" książki. Mira Urbaniak napisała książkę, no i onaż własnie miała być wodowana (książka, nie Mira), to maltański zwyczaj. Książkę wodował sam Król Artur, ja i Krysia robiłyśmy z mostka kapitańskiego zdjęcia, Jurek nagrywał kamerą, zresztą Mira wygłosiła krótkie przemówienie przed wodowaniem i to też zostało nagrane.
Dla ścisłości - książka została umieszczona w sporej butli, nie wiem, czy to na zamówienie, czy jak to było zrobione, w kazdym razie tak to się odbyło. Artur rzucił, udało mu się walnąć butlą w napiętą wiatrem banderę (bo maszt portowy jest dość niski) i udało mi się w tym momencie zrobić zdjęcie.
Dzisiaj nieszczęścia chodziły po Michale, który codziennie o 10-tej robi dla nas czterech wiedźm kawę w salonie kapitańskim. Ustawił piękną darową porcelanę, cukier, mleczko, ciasteczka jak zwykle, poszedł do swojej kanciapy z ekspresem itd. po kawę. Pech chciał, nagły przechył, ale taki po byku! Filiżanki się sturlały (na szczęscie nie potłukły), najgorsze, że wylało się mleko na dość gęsty dywan, w końcu to salon kapitański. Przychodzimy - a tu Michał na kolanach ze specjalnym odkurzaczem-praczem i czyści ten dywan. Nie wiedziałyśmy o nieszczęściu, myślałyśmy, że Michał sprząta, więc nieśmiało pytamy, czy dostaniemy kawy...
Na co Michał - tak, dostaniecie, ale opierdol!
My niewinne lelije, on na to, że winne, krnąbrne i opieszałe, bo jak przyszłybyśmy 5 minut wcześniej, to już rozlałybyśmy sobie mleko po porcelanie i nieszczęścia by nie było.
Pogoda bardzo zmienna. Raz słońce, raz chmury, zmienne wiatry, ale podobno tak to jest na Biskajach. Studenci co chwila brasują przez ten wiatr zmienny, ale niech się uczą, nich się uczą! Krysia z Monika poszły po obiedzie na rufę, mnie się nie chce, poczytam coś, może potem wyjdę, a nuż się przejasni?
Zdecydowanie kuchnia zeszła na psy. U Pana Leszka było naprawdę urozmaicone jedzenie. Tutaj wczorajsza węgierska zupa mi smakowała, prosie pieczone było dobre, a poza tym ogóreczki małosolne i sałatki z buraczków. Reszta niestety, jadalna, ale nie podniecająca. Mnie obsługuje Michał - pamięta z ub. roku, ile ja zjadam. Nie cierpię zostawiać, a zawsze mogę poprosić o dokładkę. Idę na pokład, przeciera się, więcej słońca niż chmur.
-------

19:30. Słońce, przyjemnie, ale od paru godzin wiatr zdechły, kompletna flauta. A tu wyścig i nie wolno włączyć silników. Jakoś się bujamy. Poszłam na rufę - patrzę na zachód, a tam jakby gejzerek. Przywidziało mi się? Za chwilę znowu. Narobiłam szumu, wszyscy na prawej burcie, gapią się. Wieloryb nawet machnął ogonem, ale daleko, niestety. Krycha zauważyła delfiny za rufą. Też cholery trzymają się z daleka. No nic, zajrzę na pokład za chwilę, teraz wachtę z aparatem trzyma Krystyna.


--------
Panie zażyczyły sobie herbatki z Kpt.Morganem. Zaprosiłam, rozlałyśmy do kubków. Mira doszła do wniosku, żeby nam wręczyć po egzemplarzu swojej książki z odpowiednimi dedykacjami. Odbyło się uroczyste wręczanie, a jakże, a potem udałyśmy się na pokład w celu polowania na delfiny. Cholerne wieloryby ciągle są, ale daleko, prawie na horyzoncie. Złapać delfiny aparatem - ciężka sprawa, ale dałyśmy radę. Krysia nastawiła swojego EOS-a na trzaskanie serią i udało się całkiem-całkiem. Zresztą, im bliżej Lizbony, tym cieplejsze wody i według znawców tych wód, powinno być coraz więcej delfinów.
Książka, koja, kimonko, prawie północ.
-----------
12.07, czwartek
Słoneczko. Minęliśmy właśnie Finistere(?) - Przylądek Ciepłych Gaci (ciepłe gacie się zmienia na letnie), sztorm na Biskajach nas ominął, Komendant powiedział, że do Mira mamy jakieś 10 mil morskich, czyli circa 18km. Całkiem nieźle. Jeszcze 6 pełnych dni na morzu i 19-go zawijamy do Lizbony. Dzisiaj będzie chyba poleganie na rufie i pogaduchy w towarzystwie. Idę na kawę do kapitańskiego.
------------------------
Po południu. Leniwy dzień, wiatr taki sobie, za prędko nie płyniemy, ale Mira mamy w polu widzenia po naszej prawej burcie i niewatpliwie się do niego zbliżamy. Już samo to, że widzimy Mira oznacza, że wyszliśmy na prowadzenie, bo Mir wystartował godzinę przed nami. Oby tak dalej, oby trzymać!

W Lizbonie mieliśmy zawijać do portu 19-go, ale podobno możemy już 18-go, są na nas gotowi. No i tak prawdopodobnie będzie. czyli 2 dni więcej w Lizbonie, co mnie bardzo cieszy, bo jest tam co oglądać. I tak zostaję na statku w sensie zakwaterowania. Na lotnisku powinnam być o nikczemnej godzinie 5-tej rano, zresztą, chciałabym być, bo im wcześniej, tym lepiej, wiem, na czym to polega, nie chciałabym znowu gdzieś tam na końcu samolotu siedzieć. Mira leci o 9:30, miałyśmy kombinować dojazd razem, ale ona przerażona moją godziną. Jasne, ona leci tylko do Paryża i może przyjść godzinę przed odlotem, ale nie ja - to jest lot międzykontynentalny i 270 ludzi do odprawy (w Toronto przyszłam ponad 3 godz. przed odlotem, a stałam w kolejce 1.5 godziny).


Panienki nie latają na lotach międzykontynentalnych i usiłują mi tłumaczyć jak krowie w rowie, że godzina wystarczy. Ojej, nikt mnie nie musi odprowadzać, dam radę! Tutejsze "do lotniska jest daleko" mnie nie przekonuje, bo ja mam inne pojęcie odległości. Zapytam oficera łacznikowego w Lizbonie, co radzi. Najwyżej po południu w sobotę udam się do hotelu lotniskowego, kosztowniej, ale mam zapewnione budzenie i nigdzie się nie muszę spieszyć. Zaoszczędziłam też trzy dodatkowe darmowe noce na statku...
No ale o to będę się martwić potem. Tymczasem idę podejrzeć, co tam Mir.
---------------
Szwajcar w ramach rozrywki właził na grota (trzecia platforma!), a ja robiłam mu zdjęcia. Ma doświadczenie ze wspinaczek wysokogórskich, poza tym kawał silnego chłopa - po prostu chleb z masłem dla niego. Pozwolenie miał na marsa, ale jak instruktor zobaczył jego możliwości wspinaczkowe, bez wahania poszli wyżej. Słoneczko, jest pięknie, ale już zeszłam z pokładu, bo młodzież brasuje reje, inni czyszczą metalowe części od rdzy i starej farby, a te maszynki są głośne, reszta maluje wyczyszczone papierem ściernym relingi. Poczytam coś.
-------------------
Szwajcar przyniósł mi swoja wizytówkę z adresem mailowym, obiecałam mu wysłać zdjęcia. Pracuje w Kunstmuseum Basel w Bazylei jako pracownik techniczny, tyle wyczytałam z wizytówki (Museumtechniker/Schreiner). Narobiłam mu tych zdjęć, powinno wyjść przynajmniej kilkanaście dobrych, skubany, miał błękitne niebo. Kazałam mu robić zdjęcia jego aparatem z góry i podesłać mi parę.
13.07.piątek
No, dobry poczatek (tfu-tfu-tfu!). Idziemy łeb w łeb z Mirem, czekamy tylko, kiedy zostawimy go za rufą. Może, a może nie - nie ma co chwalić dnia przed zachodem słońca. Metę powinniśmy osiągnąć gdzieś około północy. Nikt nic nie mówi, ale oprócz zwycięstwa bezwzględnego (które mamy jakby w kieszeni), dobrze byłoby w sensie fizycznym przekroczyć metę jako pierwsi. Metę wyznaczają współrzędne geograficzne - a to widać idealnie na przyrządach nawigatorskich, więc tu nie ma żadnych wątpliwości. Nie wiem, gdzie to dokładnie jest, ale nie wchodzę do nawigacyjnego i nie przeszkadzam, wszyscy obgryzają paznokcie. Jedyne co - Mir ma dokładnie taki sam wiatr, jak i my, wyżej d... nie podskoczy.
Do kolacji godzina, idę sprawdzić, co na pokładzie - może Mir już za rufą?
-------
22:00 Emocje, emocje! Rozpiłyśmy z dziewczynami butelkę bordeaux, które przywiozła nam do St.Malo Ela od łasuchów. Nerwy!

Na teraz wygląda tak - Mir wysunął się przed nami, ale czasowo daleko mu. Prowadzi Fryderyk Chopin w klasie A (chociaż fizycznie jest za nami, ale wyszedł na stracie inaczej, niż my, na drugim miejscu my (i chyba tak zostaniemy, Mir nie ma szans uciec), na trzecim Mir. Wieść niesie, że Pogoria za nami, ale to nieoficjalna wieść.


Rysio był uprzejmy mnie powiadomić, że będę się musiała przenieść do innej kajuty, bo moją zajmie prezydent Szczecina. Ja moją mam do 20-go, a potem teoretycznie niby schodzę z pokładu, ale mnie przytulą jeszcze na jedna noc - jest jeszcze jedna wolna kabina, ale widać niezbyt pańska, jak na prezydenta Szczecina na przykład. Z prezydentem Szczecina mamy na pieńku, bo podał na facebooku wiadomość, że pierwszy Chopin, i że Mir pierwszy przekroczył linię mety (cep głupi - to nie o taka pierwszość chodziło, to był wyścig na czas!), o Darze nie wspomniał. Monika z Krysią natychmiast dały słuszny odpór potwarzy, nadały stosowny sms do Wawrzka, a Wawrzek umiescił go na facebooku. Prezydent (z zawodu dziennikarz, ale chwilowo polityk) dostał opieprz o dziennikarska nierzetelność i póki co - milczy.
Dziewczyny poprosiły, żebym opuszczajac kajutę armatorską powbijała jakieś pinezki w materac. Albo szpilki chociaż.


Prawie północ. Jutro będe miała na statku wi-fi, ale nie wiem kiedy, bo do portu wejdziemy gdzieś ok.20-tej i wtedy pojawią się oficerowie łącznikowi.
Artur musi wpłacić jakąś drobną kaucje za urzadzenie, które trzeba będzie zamontować na statku - i już będę w sieci.
Fajnie. A zapowiadało się, że wczesniej niż 19-go nie wejdziemy, tymczasem już jutro będziemy na kei, i to w znakomitym punkcie miasta. Krynia będzie za przewodniczkę, bo przestudiowała 3 przewodniki po Lizbonie i wie, jak najlepiej wykorzystać czas, te 4 dni. Czwartego po kolacji wybywam do hotelu lotniskowego, teoretycznie, bo w praktyce to dopiero oficerowie łącznikowi z Lizbony powiedzą, co jest przygotowane na różne okoliczności, jakie udogodnienia dla tych, co schodzą z pokładu i lecą w świat.
Koja, książka (na co mi zeszło - "Ultimatum Bourne'a" Ludluma!), kimanko.
-----------------
17.07.Lisboa Harbour

Świt blady, 15 minut do wciągnięcia bandery. Wyszłam na pokład - bardzo ciepło, martwa fala, prawie lustro. Niedaleko nas Alexander Humboldt na kotwicy i kilka innych, ale nie wiem jakie, bo są od wschodniej strony i słońce mnie oślepia, mimo okularów. Zdaje się, że czeka nas jakieś 12 godzin do wejścia do portu. Do tego czasu będziemy się byczyć na pokładzie, a młodzież pucować statek. Pokład już wczoraj dwukrotnie szorowali, ale Komendant pewnie zadba o to, żeby mieli co robić.


Żagle zwinięte i tak chyba już zostanie do czasu wypłynięcia w morze do Kadyksu. W Kadyksie częściowa wymiana załogi i chyba reszta gości wysiada. Idę na pokład, za 10 minut bandera.
----------

Południe. Flauta, wokół statku pływają ryby, podpływają też łodzie z nabrzeża. Sporo łodzi z dziećmi. Jakiś samolocik akrobata przefrunął, zrobił piękną beczkę, potem świecę w niebo i oddalił się korkociągiem w stronę lądu.


Na pokładzie upał, byłam prawie dwie godziny - poczytałam, używając relingu jak pulpitu. Nie da się siedzieć ani tym bardziej leżeć, za gorąco. Chciałam się przejść po pokładzie - mowy nie ma. Teakowe deski rozgrzane jak patelnia. Do obiadu pół godziny, odpoczywam w komfortowej temperaturze klimatyzowanej kajuty.
-------------
O 15:00 zabawa. Skakanie z trapu do wody. Wysokość ok.6 metrów. Ja się na to nie pisałam, skoczyć to pół biedy, ale potem wyjść na pokład te 6 metrów po drabince, to nie jest łatwa sprawa. W dodatku z jedną zwichrowaną ręką - trzeba się cały czas podciągać na rękach własnie, a drabinka na zwyczaj pójścia w niewygodny odchył. Nawet nie musiałam sobie przemawiać do rozumu, po prostu nie dla mnie te zabawy. To młodzież miała zabawę, ale wszystkich zakasował Szwajcar, który skakał w pięknym stylu na główkę. No i pływak znakomity.
17:15 - silniki w ruch, będziemy się turlać w stronę rzeki, pilot ma nas przejąć pod mostem jakimś i doprowadzić do portu pod starym miastem. Zaraz idę na pokład dokumentować wszystko, wreszcie krajobraz się trochę zmieni.
podobno mniej więcej o 21-szej powinniśmy cumować. Natychmiast udajemy się z Krysią na ląd w poszukiwaniu jakiejś knajpki, gdzie można zjeść frutti di mare i ewentualnie napić się jakiegoś porto. Będziemy w centrum, więc powinnyśmy coś znaleźć bez trudu. Lecę na pokład.
------------------------------------
1:30 czasu miejscowego i noc już ciemna, aczkolwiek Lizboa zaczyna życie po 22-giej. Zacumowaliśmy na kei przed 21-szą. Faktycznie, jesteśmy w centrum starego miasta, a raczej przy. Wchodzenie do starego portu było cudne - zrezygnowałam z kolacji (wszyscy się zatroskali, że umrę z głodu, a dla mnie kluchy to żadna kolacja). Przede wszystkim jak w San Francisco - stary port jest nad rzeką, a dwa brzegi rzeki spina replika Golden Gate Bridge.
Dopóki nie weszliśmy w koryto rzeki, była jaka taka bryza od zatoki i Atlantyku. Nagle buchnęło jak z pieca - gorący wiatr, porywisty wręcz, tak jakby ktoś otworzył piekarnik i dmuchał mocno w naszą stronę.
W końcu zacumowaliśmy, tuż przed Humboldtem. Przed nami miejsce, myślę, ze to dla Mira, tradycyjnie te jednostki cumują koło siebie.
Mnie i Amerykaninowi nie wolno było zejść z pokładu (błąd, że nie zabrałam paszportu polskiego - byłabym obywatelem EU!), ale Rysio nic nie widział, nic nie słyszał...zeszliśmy.Amerykanie i Dziekanostwo pognali w miasto, a my z Krysią spokojnie, powolutku. Wszyscy mieli nadzieje, że słońce zajdzie i zrobi się chłodno. Nie ma takiej możliwości!

Po prostu mury oddają ciepło. Stare miasto (Alfama) jest na stromych pagórach, uliczki wąskie i bardzo strome, a tak wyslizganych bruków nie widziałam nigdzie na świecie. Jeszcze te "drogowe", do jazdy wszelkimi pojazdami - owszem. Ale wąziuteńkie chodniki, wyłożone drobną kostką, są po prostu niebezpieczne dla dla zdrowia. Jazda jak po lodowisku.
Zasiadłyśmy z Krysią w knajpie - ogródku, na takim małym placyku. PIWO!!! ZIMNE PIWO!!! Krzyknęłysmy gromkim głosem i owszem, podano nam piwo, carpaccio z lokalnego pysznego salami i pieczony jakis ser, plus museczka oliwek - te dodatki to do piwa, na dzień dobry i bez opłaty. Zamówiłyśmy sardynki, bo wszyscy się tymi sardynkami zachwycają. To nie są sardynki, tylko SARDYNY, takie wielgie! Smażone. Owszem, pyszne, ale ja w tym upale wtrząchnęłam jedną, Krysia z pewnymi oporami moralnej natury zjadła resztę, czyli 4. Cena niezbyt wygórowana, 7 euro. Już wykombinowałysmy z Krysią w Paryżu, że nie warto zamawiać wiele, jeden talerzyk, a potem ewentualnie dobrać coś. W życiu by mi więcej nie przeszło - wymiotłam oliwki, spróbowałam car


Dziennik_pokładowy-Dar Młodzieży 2012

Załoga + studenci + goście = 171 sztuk

Niedziela, 08.07.2012, Zatoka Korsarzy, St.Malo
Dzisiaj wypływamy w morze. O 8:00 jak co dzień została wciągnięta bandera - taki zwyczaj. Goście i starszyzna załogi na górnym pokładzie ustawieni pod relingami, na dolnym pokładzie reszta załogi. Baczność na czas wciągania bandery, po wciągnięciu bandery Komendant podchodzi do każdego "górnopokładowca" i wita się mocnym uściskiem dłoni i zwyczajowym "dzień dobry".
Wypływamy o 9:00, i to precyzyjnie, bo statki muszą przechodzić przez śluzę, pojedynczo. Najpierw my, za nami Mir, a potem następni.
Komendant powiada, że Fryderyk Chopin wychodzi dopiero o północy. Tutaj przypływy i odpływy sterują tymi rzeczami. Na dzisiejsze przedpołudnie zaplanowano największe jednostki.
Idę na śniadanie (8:30)
Po śniadaniu (kiełbaski babuni + grapefruit)jesteśmy gotowi na wszystko. Chmury i dość ponuro, wieje chłodny wiaterek. Miał przyjsć Sławek z Anką nas pożegnać, ale nabrzeże idealnie puste. Jedynie nasi dwaj oficerowie łącznikowi przyszli się pożegnać.Staliśmy dość długo i cierpliwie, w końcu około 10-tej odcumowaliśmy, holownik odciągnął nas do tyłu i zaczęliśmy się obracać dziobem w kierunku śluzy. Pomachała nam "Pogoria", ale bliźniaczy Mir, którego mijaliśmy, nie wykazał zainteresowania. Zazwyczaj załogi wylegają na pokład i machają przyjaźnie tych, co odpływają. Tak zrobił stojący za Mirem hiszpański Juan Sebastian Delcano (militarna jednostka). Zwyczaj każe też, żeby dać głos syreną pokładową.Mirowi chyba odebrało głos, albo co...
No i stoimy w śluzie, na nabrzeżu zbiera się tłum. Słysze, że ktoś mnie woła - to Ela z Bernardem przyszli nas pożegnać. Jak miło! W dodatku chmury się rozeszły i można było zrobić jakieś przyzwoite zdjęcia. Cała naprzód z wieży przy śluzie (jak na lotnisku, tylko mniejsza) padła o 11-tej. No i ruszyliśmy. Wieża podziękowała nam i życzyła, żebyśmy przybili do Lizbony w lepszym czasie od Mira (Mir był lepszy w St.Malo). Publika biła brawo, nasi studenci robili pożegnalną falę i coś tam pokrzykiwali, my machanko...
i byle dalej, dalej, dalej, dalej, dalej...
Dopiero poza śluzą dało się zauważyć, że wiatr jest dość spory. Nie wiem, kiedy postawimy żagle, już mi za nimi tęskno, bo jednak na silniku to nie zabawa. Trasa z Gdyni do St.Malo wg. Moniki była zimna i niestety, duża część trasy na silniku, bo nie było odpowiedniego wiatru. Teraz wieje, ale pewnie musimy wyjść na odpowiednie wody, aby postawić żagle.
Na obiad- rosół z kluseczkami, kurczak w potrawce, kalafior z wody i ryż (trochę za słodki, z rodzynkami). Zjadliwe, ale to jednak nie klasa ś.p. Pana Leszka.
O 15:30 wcześniejsza kolacja w postaci prawdziwej uczty. Otóż prosię pieczone, bo dzisiaj obchodzimy 30-lecie Daru Młodzieży. Dar Młodzieży wypłynął w dziewiczy rejs 10 lipca 1982 r. pod komendą Tadeusza Olechnowicza.
I jak to mówią - reszta jest historią.
-----
Po przyjęciu u Komendanta - bo tak należałoby określić ową przyspieszoną kolację z prosięciem:
W mesie oficerskiej zebrała się stała załoga Daru i goście, oraz dwóch oficjeli STI (Sail Training International), którzy są obserwatorami w regatach. Ci dwaj panowie zachowali się pięknie, dla załogi i ścisłego kierownictwa przygotowali z okazji 30-lecia Daru Młodzieży skrzyneczkę Chateau du Papeneuff, bardzo dobrego francuskiego wina.
Komendant wygłosił przemowę, rozdał wszystkim symboliczne upominki, szef kuchni przystąpił do krajania prosiaka, a my do spożywania. Michał polał wino, wznieśliśmy drobne toasty i tak w radosnej atmosferze upłynęło nam popołudnie. Akurat siedziałam przy tych Francuzach z STI. Zagadnęłam, jak jedzonko im smakuje. Otóż wspaniałe, we Francji pieczone prosię podaje się przy bardzo wyjątkowych okazjach. No, u nas na Statku też, a okazja bardzo stosowna. Prosiaczkowi towarzyszyła sałata mieszana, małosolne zakiszone przez Szefa kuchni, do mięsa kilka sosików, w tym wspaniały tatarski, na deser ciasto drożdżowe z owocami i kruszonką. Francuzi zachwyceni.
O 18:30 alarm dla załogi i studentów - pod maszty!
No i na wantach zaczął się ruch jak na Marszałkowskiej, stawianie żagli. Wylazłam na moją ulubioną bakistę, żeby wszystko odpowiednio udokumentować. Poszło bardzo sprawnie - i natychmiast przechył kapitański,jak należało się spodziewać w tych warunkach, czyli ja spadam z koi. To znaczy nie spadam, bo przecież są dechy zabezpieczajace. Monika, prawie drzwi w drzwi ode mnie, ale na burcie Intendenckiej, będzie się za to przytulała do ściany.
Płyniemy na północ. Wyścig zaczyna się dopiero od pewnego punktu przed Biskajami, punktualnie o 10-tej rano we wtorek. Do tego czasu musimy się jakoś zabawiać, Komendant przyjął kurs na północ i płyniemy na Wyspy Brytyjskie, nie wiem, jak daleko, ale mamy sporo wolnego czasu do zagospodarowania.
Załoga i studenci skończyli manewry, na rufę przyszedł Jurek (operator z TV Gdańsk) z kamerą, filmował wszystko z dzioba, za nim Krysia (też tv przecież - TV Polonia, chociaż Krysia akurat na urlopie i prywatnie na Darze), no i Mira, było nie było dziennikarka morska i stara żeglara w jednej osobie. Właśnie wydała książkę (mam nadzieję, że dostanę egzemplarz). Zalegliśmy we czwórkę na pokładzie, podziwiając okoliczności przyrody, a jest co podziwiać. Słońce leje się sreberkiem po morzu od jednej strony, bieli grzywaczami od drugiej. Podróżują z nami dwaj gapowicze - gołębie pocztowe.
Wywiało mnie wystarczająco, pora na zajęcia jednoosobowe, mam książkę do poczytania. Oraz puszkę Leffe do wypicia (19:30). Wszyscy rozeszli się do zajęć w jednoosobowych "podgrupach".
Pogadałam z Rysiem Intendentem (pierwszy po Komendancie w hierarchii na statku, zaprzyjaźniliśmy się jeszcze w ub. roku). Rysiu zaprasza nas, Cztery Dziewczęta (Monika, Krysia, Mira i ja) do kajuty Komendanta na winko jutro wieczorem. Może pojutrze, bo nie wiadomo, co się może zdarzyć, zobaczymy.
Są zapasy, bo w St.Malo przybyło tego i owego. Przy okazji sprezentuję Komendantowi kanadyjską flachę, którą zakupiłam na okazję, Crown Royal (no, coś królewskiego w nazwie, skoro Król Artur nasz obchodzi za ileś tam dni czterdziestkę!).
"Dziewczęta" są nieco leciwe, ale za to przeurocze, a jakże, Mira i Monika to już weteranki na Darze, ja "bywała", można powiedzieć, a Krysia pierwszy raz. Chyba założymy jakieś towarzystwo albo co.
Tu musze napomknąć, że od 30 lat pływała na Darze sędziwa kobieta ze Szwajcarii. Pływała rok w rok, na jakimś wybranym odcinku (w zeszłym roku nie miałam okazji jej spotkać, zamustrowała się po mnie). Po raz pierwszy nie pojawiła się w tym roku i nie jest wpisana na listę, nie wiadomo, jak tam z nią i co się stało. W tym roku miałaby 88 lat. Była fizycznie całkiem sprawna podobno.
Z "turystów" sensu stricte płynie Stefen (Szwajcar), już po raz trzeci (w ub. roku go nie było), oraz jakaś młodsza para z Polski, jeszcze nie wiem, co za jedni, ale pewnie się dowiem, bo przyjacielscy i gadatliwi, a mamy 2 tygodnie na pokładzie.
Ja występuję na zasadzie owszem, turystki, ale swojaka z grona wtajemniczonych przy "ścisłym kierownictwie" (Komendant, Intendent Rysio i Starszy Steward, czyli Michał).
Tu wspomnę o Michale, otóż Michał pływa na Darze od samego początku, a pływał jeszcze na Darze Pomorza kilka lat! Jest jedynym członkiem załogi, który tak długo pływa (40 lat), i jedynym pozostałym członkiem z Daru Pomorza.
Bardzo profesjonalny pod każdym względem, a prywatnie uroczy, pełen humoru i tak dalej. Poznałam ścisłe kierownictwo na przyjątku u Moniki w ub. roku w Szczecinie, no a potem był mój pierwszy rejs. Dlatego jestem "swoja" i ścisłe kierownictwo wyściskało mnie na powitanie jak starą znajomą.
-----
Wieczorkiem późniejszym zebrałyśmy się z Moniką i Krysią u mnie w kajucie, Mira gdzieś się zaszyła. Monika przyniosła Captaina Morgana, którego nie może pić, ale dostała w prezencie od współwłaścicielki "Kapitana Borchardta", Haliny M.
Halinę poznałam w St.Malo na paradzie załóg - one już znały się z Moniką od jakiegoś czasu. Natknęły się na siebie, a parada była tuż obok Cafe St.Malo, gdzie spożywaliśmy w zacnym gronie owoce morza i napitki szlachetne. Zacne grono - Krysia, Monika, ja, Sławek z Anką i Młodym, Ela z Bernardem. Podczas gdy większość z nas wyległa fotografować, zawsze ktoś pilnował zastawionego stołu. Halina, słusznej postury kobieta w podeszłym wieku...oceniam ją na średnią czterdziestkę.
Zaprosiła nas na pokład Kapitana Borchardta w Lizbonie. Skrzętnie skorzystamy. O właśnie - ponieważ Brest wypadł z portów, do których zawijamy, do Lizbony przyturlamy się już 19-go lipca. Czyli wypada mi jeden dzień dłużej w Lizbonie.
No dobra...koja mnie woła gromkim głosem, północ niebawem.
------
Poniedziałek, 09.07.
O 8-mej tradycyjne podniesienie bandery.
Dzień szary, fala zdechła prawie, fluta, jak nic żagle dzisiaj zwiną przynajmniej na parę godzin. Jesteśmy pod Anglią, na 50-tym równoleżniku (nie wiem, na jakim południku, nie chciałam przeszkadzać w nawigacyjnym, studenci mają zajęcia). Jest zasięg telewizyjny, przy śniadaniu wiadomości, polscy siatkarze mistrzami LM.
W mesie pustki, Jurek wcześniej zjadł śniadanie i poleciał nadawać coś do swojej telewizorni - Jurek ma przywilej, kod komputerowy, ale klnie w żywy kamień, bo jest to wolne i ładowanie materiału zajmuje sporo czasu. Jurek jest z telewizji gdańskiej i dokumentuje ten rejs od wypłynięcia z Gdyni aż do Kadyksu, z tego mają wyjść migawki dla tv Gdańsk (Krysia upomina się o swoją warszawską TV Polonia, a nuż...), poza tym ma być dokument i jakiś film-opowieść o 30 latach Daru.

Mira z Moniką nie zjawiły się na śniadanie, natomiast przysiadła się para trzydziestoparolatków - myślałam, że to jacyś załoganci, ale nie, to małżeństwo z Connecticut, ona Polka, on Amerykanin. Trasa taka, jak nasza, St.Malo do Lizbony. Wyjechali odpocząć po trudach bycia rodzicami przez 7 miesięcy - zostawili oseska pod opieką dziadków i zrobili sobie urlop, a rejs Darem wykupili sobie na aukcji Jurka Owsiaka w zeszłorocznej Orkiestrze Świątecznej. Ona sympatyczna, wysoka blondynka, gidyja taka, a on jeszcze nie wiem, misiowaty taki trochę, Zaznajomiliśmy się, więc pewnie z czasem dowiem się więcej.
Michał woła do Salonu Kapitańskiego na rytualną kawkę o 10-tej. Lecę.
--------
Ciepło, więc byczymy się na rufie, podpłynęliśmy pod brzegi Albionu, no to oczywiście jakaś mżawka się pojawiła i takie tam. Ostatni dzień przed regatami, więc luz, po południu zawracamy na właściwy kurs, zeby rano być o odpowiedniej porze na starcie. Z wielkich statków jest Dar, Mir, Juan Sebastian, Alexander Humboldt, Admiral Nelson umknęły mi ze dwa inne.
Nie ma Sedova, Kruzenszterna, kolumbijskiej Glorii i paru innych wielkich, bo oni co 4 lata robią sobie swoisty zlot w Breście (dlatego dla regat Brest odpadł).
Z polskich jest Kapitan Borchardt, Pogoria, Dar Szczecina, Zawisza,no i oczywiście Fryderyk Chopin.
A z Mirem to jest tak - Mir jest poprawioną wersją Daru, powstał w stoczni gdyńskiej 4 lata po Darze i Zygmunt Choreń Konstruktor) usprawnił tam sporo rzeczy, które w Darze działały nie tak, jak on sobie planował. Dlatego Mir jest szybszy. ALE...ale żeby był maksymalnie szybki, Ruchole przed rozpoczeciem wyścigów pozbywają się wszystkiego, czego tylko mogą, żeby tylko zwiększyć wyporność. Pozbywaja sie zapasów wody, na start jadą na silniku, żeby spalić jak największą ilość paliwa, dziwnym trafem gdzieś "gubią" im się szalupy ratunkowe, co już jest przecież zagrożeniem dla zycia ludzkiego w razie, gdyby była potrzeba ewakuacji. No ale tacy są Rosjanie, wpieriod za wszelką cenę. Pogoda co rusz, to zmienia się. Wiatr nam padł, więc na silniki, czyli ze my też zgubimy trochę paliwa po drodze. Po południu Artur doniósł w sekrecie, że i jemu doniesiono, że Mir już jest w rejonie startu - od St.Malo płynął na silnikach, skubany!
Książka, koja, kimonko.
-----------------
Wtorek, 10.07.
Na start przybyliśmy switem bladym, gdzieś na horyzoncie w rozsypce jednostki startujace w regatach. Wygląda to tak, że zjawiają się dwa okręty wojskowe, które tworzą swego rodzaju "bramę" na oceanie. Jednostki przechodzą przez tę bramę, a przedstawiciele ITS odnotowują czas. Mir wystartował pierwszy o 8-mej, o 9-tej my, za nami chyba Chopin, nie jestem pewna. Wiatr wiał, była nadzieja na sztorm, wtedy duje. Mnie się sztormu nie chciało, ale gdyby miało to coś pomóc...Bardzo szybko statki zniknęły nam z oczu. Po południu pojawił się od prawej burty Chopin i bardzo ładnie, długo nam towarzyszył.
Żartów nie ma, zaczął się wyścig i wachta jest pędzona do roboty, brasują reje w zależności od kierunku wiatru bez wytchnienia. Bosmani klną jak szewce, wydając komendy, zresztą, oni też zasuwają jak górnicy przodkowi. Jurek kręci, ja mu od czasu do czasu trzymam statyw, kiedy idzie zmieniać baterię do kamery - w ten sposób awansowałam na asystenta operatora i mogłam wejść, gdzie goście nie powinni się kręcić w czasie akcji, aby nie przeszkadzać w pracy.
W międzyczasie omal nie zalałam statku. Postanowiłam iśc pod prysznic i umyć głowę, a czasowo mi to zabiera, bo długie włosy. A tu nagle przechył, i to spory, i nie w tę stronę, w która powinien być dla mnie, tzn. nie w kierunku otworu odpływowego. Ale brodzik jest dosyć głęboki, więc wymierzyłam sobie, że akurat dam rade spłukać włosy, a potem popchnę wodę w kierunku spływu i jakoś się jej pozbędę. Oj, nie dało się. Brodzik miał słaby punkt i przelało się trochę na reszte łazienki, niby też brodzikowatej, ale w podłogę wchodziły też rury od umywalki i te były kiepsko izolowane, o czym jeszcze nie wiedziałam. Zakończyłam mycie i przystąpiłam do akcji przekierowywania do otworu ściekowego, najpierw z łazienki.
Nagle słyszę łomot do drzwi. Ubrałam maliniak, wychynęłam, a tam Piotr, młodszy steward i Marysia stewardessa - pani nas zalewa! Korytarzem płynie rzeczka, Marysia mopem zawraca rzeczkę, za chwilę chłopcy z kuchni mają wnosić do pentry kocioł gorącej zupę z kuchni...o rany! Marysia wróciła do obowiązków, wzięłam mopa i doprowadziłam do suchości moją łazienkę w tempie błyskawicznym, Piotrek skrzyknął dwóch Olafów Mocarnych, kazał im przynieść stare prześcieradła, wręczył mop i kazał wszystko osuszyć na korytarzu. Najpierw się sumitowałam, a potem pomyślałam sobie, że do cholery mogli mi powiedzieć, że są nieszczelności i w pewnych warunkach lepiej odpuścić sobie prysznic. Żeby nie było na mnie, opowiedziałam wszystko Michałowi i Rysiowi, kazali mi sie nie przejmować, bo "załoga musi być przygotowana na wszystkie scenariusze, takie też". No, polepszyło mi się, ale wolałabym takich sytuacji nie przerabiać.
Wieczorem Król Artur powiedział nam, że póki co, Mir ma nad nami przewagę, ale nie taka znaczną. Kierownictwo zmęczone, nie mamy czasu się napić. Artur podsypia, w nocy wychodzi na pokład i sprawdza, co się dzieje, mimo, że na nocnej wachcie zastępuje go pierwszy oficer. Ale pańskie oko...itd.
Książka, koja, kimonko.
---------
Środa, 11.07
Dzisiaj na "portowy" maszt bandera. Generalnie robi się to tylko w portach, albo przy specjalnych okazjach. Dzisiejsza specjalna okazja to "wodowanie" książki. Mira Urbaniak napisała książkę, no i onaż własnie miała być wodowana (książka, nie Mira), to maltański zwyczaj. Książkę wodował sam Król Artur, ja i Krysia robiłyśmy z mostka kapitańskiego zdjęcia, Jurek nagrywał kamerą, zresztą Mira wygłosiła krótkie przemówienie przed wodowaniem i to też zostało nagrane.
Dla ścisłości - książka została umieszczona w sporej butli, nie wiem, czy to na zamówienie, czy jak to było zrobione, w kazdym razie tak to się odbyło. Artur rzucił, udało mu się walnąć butlą w napiętą wiatrem banderę (bo maszt portowy jest dość niski) i udało mi się w tym momencie zrobić zdjęcie.
Dzisiaj nieszczęścia chodziły po Michale, który codziennie o 10-tej robi dla nas czterech wiedźm kawę w salonie kapitańskim. Ustawił piękną darową porcelanę, cukier, mleczko, ciasteczka jak zwykle, poszedł do swojej kanciapy z ekspresem itd. po kawę. Pech chciał, nagły przechył, ale taki po byku! Filiżanki się sturlały (na szczęscie nie potłukły), najgorsze, że wylało się mleko na dość gęsty dywan, w końcu to salon kapitański. Przychodzimy - a tu Michał na kolanach ze specjalnym odkurzaczem-praczem i czyści ten dywan. Nie wiedziałyśmy o nieszczęściu, myślałyśmy, że Michał sprząta, więc nieśmiało pytamy, czy dostaniemy kawy...
Na co Michał - tak, dostaniecie, ale opierdol!
My niewinne lelije, on na to, że winne, krnąbrne i opieszałe, bo jak przyszłybyśmy 5 minut wcześniej, to już rozlałybyśmy sobie mleko po porcelanie i nieszczęścia by nie było.
Pogoda bardzo zmienna. Raz słońce, raz chmury, zmienne wiatry, ale podobno tak to jest na Biskajach. Studenci co chwila brasują przez ten wiatr zmienny, ale niech się uczą, nich się uczą! Krysia z Monika poszły po obiedzie na rufę, mnie się nie chce, poczytam coś, może potem wyjdę, a nuż się przejasni?
Zdecydowanie kuchnia zeszła na psy. U Pana Leszka było naprawdę urozmaicone jedzenie. Tutaj wczorajsza węgierska zupa mi smakowała, prosie pieczone było dobre, a poza tym ogóreczki małosolne i sałatki z buraczków. Reszta niestety, jadalna, ale nie podniecająca. Mnie obsługuje Michał - pamięta z ub. roku, ile ja zjadam. Nie cierpię zostawiać, a zawsze mogę poprosić o dokładkę. Idę na pokład, przeciera się, więcej słońca niż chmur.
-------
19:30. Słońce, przyjemnie, ale od paru godzin wiatr zdechły. A tu wyścig i nie wolno włączyć silników. Jakoś się bujamy. Poszłam na rufę - patrzę na zachód, a tam jakby gejzerek. Przywidziało mi się? Za chwilę znowu. Narobiłam szumu, wszyscy na prawej burcie, gapią się. Wieloryb nawet machnął ogonem, ale daleko, niestety. Krycha zauważyła delfiny za rufą. Też cholery trzymają się z daleka. No nic, zajrzę na pokład za chwilę, teraz wachtę z aparatem trzyma Krystyna.
--------
Panie zażyczyły sobie herbatki z Kpt.Morganem. Zaprosiłam, rozlałyśmy do kubków. Mira doszła do wniosku, żeby nam wręczyć po egzemplarzu swojej książki z odpowiednimi dedykacjami. Odbyło się uroczyste wręczanie, a jakże, a potem udałyśmy się na pokład w celu polowania na delfiny. Cholerne wieloryby ciągle są, ale daleko, prawie na horyzoncie. Złapać delfiny aparatem - ciężka sprawa, ale dałyśmy radę. Krysia nastawiła swojego EOS-a na trzaskanie serią i udało się całkiem-całkiem. Zresztą, im bliżej Lizbony, tym cieplejsze wody i według znawców tych wód, powinno być coraz więcej delfinów.
Książka, koja, kimonko, prawie północ.
-----------
12.07, czwartek
Słoneczko. Minęliśmy właśnie Finistere(?) - Przylądek Ciepłych Gaci (ciepłe gacie się zmienia na letnie), sztorm na Biskajach nas ominął, Komendant powiedział, że do Mira mamy jakieś 10 mil morskich, czyli circa 18km. Całkiem nieźle. Jeszcze 6 pełnych dni na morzu i 19-go zawijamy do Lizbony. Dzisiaj będzie chyba poleganie na rufie i pogaduchy w towarzystwie. Idę na kawę do kapitańskiego.
------------------------
Po południu. Leniwy dzień, wiatr taki sobie, za prędko nie płyniemy, ale Mira mamy w polu widzenia po naszej prawej burcie i niewatpliwie się do niego zbliżamy. Już samo to, że widzimy Mira oznacza, że wyszliśmy na prowadzenie, bo Mir wystartował godzinę przed nami. Oby tak dalej, oby trzymać!
W Lizbonie mieliśmy zawijać do portu 19-go, ale podobno możemy już 18-go, są na nas gotowi. No i tak prawdopodobnie będzie. czyli 2 dni więcej w Lizbonie, co mnie bardzo cieszy, bo jest tam co oglądać. I tak zostajemy na statku w sensie zakwaterowania. Na lotnisku powinnam być o nikczemnej godzinie 5-tej rano, zresztą, chciałabym być, bo im wcześniej, tym lepiej, wiem, na czym to polega, nie chciałabym znowu gdzieś tam na końcu samolotu siedzieć. Mira leci o 9:30, miałyśmy kombinować dojazd razem, ale ona przerażona moją godziną. Jasne, ona leci tylko do Paryża i może przyjść godzinę przed odlotem, ale nie ja - to jest lot międzykontynentalny i 270 ludzi do odprawy (w Toronto przyszłam ponad 3 godz. przed odlotem, a stałam w kolejce 1.5 godziny).
Panienki nie latają na lotach międzykontynentalnych i usiłują mi tłumaczyć jak krowie w rowie, że godzina wystarczy. Ojej, nikt mnie nie musi odprowadzać, dam radę! Tutejsze "do lotniska jest daleko" mnie nie przekonuje, bo ja mam inne pojęcie odległości. Zapytam oficera łacznikowego w Lizbonie, co radzi. Najwyżej po południu w sobotę udam się do hotelu lotniskowego, kosztowniej, ale mam zapewnione budzenie i nigdzie się nie muszę spieszyć. Zaoszczędziłam też trzy dodatkowe darmowe noce na statku...
No ale o to będę się martwić potem. Tymczasem idę podejrzeć, co tam Mir.
---------------
Szwajcar w ramach rozrywki właził na grota (trzecia platforma!), a ja robiłam mu zdjęcia. Ma doświadczenie ze wspinaczek wysokogórskich, poza tym kawał silnego chłopa - po prostu chleb z masłem dla niego. Pozwolenie miał na marsa, ale jak instruktor zobaczył jego możliwości wspinaczkowe, bez wahania poszli wyżej. Słoneczko, jest pięknie, ale już zeszłam z pokładu, bo młodzież brasuje reje, inni czyszczą metalowe części od rdzy i starej farby, a te maszynki są głośne, reszta maluje wyczyszczone papierem ściernym relingi. Poczytam coś.
-------------------
Szwajcar przyniósł mi swoja wizytówkę z adresem mailowym, obiecałam mu wysłać zdjęcia. Pracuje w Kunstmuseum Basel w Bazylei jako pracownik techniczny, tyle wyczytałam z wizytówki (Museumtechniker/Schreiner). Narobiłam mu tych zdjęć, powinno wyjść przynajmniej kilkanaście dobrych, skubany, miał błękitne niebo. Kazałam mu robić zdjęcia jego aparatem z góry i podesłać mi parę.
13.07.piątek
No, dobry poczatek (tfu-tfu-tfu!). Idziemy łeb w łeb z Mirem, czekamy tylko, kiedy zostawimy go za rufą. Może, a może nie - nie ma co chwalić dnia przed zachodem słońca. Metę powinniśmy osiągnąć gdzieś około północy. Nikt nic nie mówi, ale oprócz zwycięstwa bezwzględnego (które mamy jakby w kieszeni), dobrze byłoby w sensie fizycznym przekroczyć metę jako pierwsi. Metę wyznaczają współrzędne geograficzne - a to widać idealnie na przyrządach nawigatorskich, więc tu nie ma żadnych wątpliwości. Nie wiem, gdzie to dokładnie jest, ale nie wchodzę do nawigacyjnego i nie przeszkadzam, wszyscy obgryzają paznokcie. Jedyne co - Mir ma dokładnie taki sam wiatr, jak i my, wyżej d... nie podskoczy.
Do kolacji godzina, idę sprawdzić, co na pokładzie - może Mir już za rufą?
-------
22:00 Emocje, emocje! Rozpiłyśmy z dziewczynami butelkę bordeaux, które przywiozła nam do St.Malo Ela od łasuchów. Nerwy!
Na teraz wygląda tak - Mir wysunął się przed nami, ale czasowo daleko mu. Prowadzi Fryderyk Chopin w klasie A (chociaż fizycznie jest za nami, ale wyszedł nz stracie w godzinę po nas, na drugim miejscu my (i chyba tak zostaniemy, Mir nie ma szans uciec), na trzecim Mir. Wieść niesie, że Pogoria za nami, ale to nieoficjalna wieść.
Meta będzie za jakieś 2-3 godziny, dokładnie nie wiem. Poczytam do tego czasu, na pokładzie ruch jak na Marszałkowskiej, studenci co chwila przebrasowują reje i lepiej usunąć się z placu. Wyjrzę za jakiś czas, póki co Mira, Monika i Krysia trzymają wachtę na rufowych bakistach, Jurek lata z kamerą i kręci, reszta pracuje.
A propos, jest zasięg komórkowy, więc kto nie ma wachty, wydzwania. Mira próbowała złapać zasięg swoim laptopem (samsung wielkości mojej Delli) za pomocą zewnętrznego modemu, ale coś nie może się załapać. Podobno w Lizbonie mamy mieć na statku wi-fi. To by było dobrze, bo wtedy mogłabym korzystać ze swojego laptopa. Zobaczymy.
----
Wszyscy wyleźli na pokład długo przed północą. Zdechła fala, zdechły wiatr, meta przed nami, jakoś doczłapiemy. Co chwila zmiana halsu, aby tylko złapać jakiś podmuch. O 0:20 syrena pokładowa dała głos, przekroczyliśmy linię mety. Za chwilę Komendant wygłosił krótką mowę - zostawiliśmy Mira 22 minuty za sobą, ten etap należy do Daru Młodzieży w cichej rozgrywce między dwoma siostrzanymi jednostkami. Miałyśmy się zebrać u Komendanta na symboliczną lampkę, ale Komendant do 1-szej w nocy był na mostku. Zasugerowałyśmy, że nie pospieszny toast, będziemy świętować następnego dnia. Ponieważ miałyśmy prawdziwego szampana (Sławek od łasuchów nam sprezentował), Krysia, Monika i ja udałyśmy się do mojej kajuty, zgarniając po drodze niestrudzonego operatora Jurka. Źle dla mnie, bo towarzystwo telewizyjne i opowieściom nie było końca, owszem wesołe, ale ja do powiedzenia nic w tym temacie nie miałam. O 3-ciej nad ranem wyrzuciłam towarzystwo, które już też mocno ziewające było. No i tyle.
----------
14.07.sobota
No, dzisiaj wreszcie jakiś wiatr, a gdzie był, jak był potrzebny?! Obraliśmy kierunek na nieco północny zachód. Do portu nie możemy wpłynąć wczesniej, jak 19-go, wtedy będa na nas gotowi. Te 5 dni - pobujamy się po oceanie, studenci będa ćwiczyć, a my relaks totalny. Czyli na Lizbonę będzie popołudnie 19-go, cały 20-ty i prawie cały 21-szy. Jednak szykuję się na hotel przy lotnisku, bez sensu byłoby w środku nocy szukać dojazdu do lotniska z portu. Zresztą, jeszcze się zorientuję w tej sprawie. Idę na pokład.
--------
Pokład na rufie - niebezpieczna rzecz. Nazywany bywa plażą, ale jak przychodzi do brasowania rej, z drogi śledzie, studenci mają robotę do wykonania. Bardzo leniwy dzień, wypełniony poleganiem na rufie, zajęciami w podgrupach, plotkowaniu, opalaniu, obijaniu się ogólnym i tak dalej.
Chyba jestem pod obstrzałem koleżanek, bo nie jem. To znaczy jem, ale ja tyle nie mogę, do jasnej cholery! Michał, pamiętający moje zwyczaje sprzed roku serwuje mi tyle, ile trzeba, po dokładkę mogę zawsze, ale nie jest mi ona potrzebna.
W tym roku panie skonsolidowały się przeciwko mnie (nawet Monika, która wie, ile jem). Szpileczki, że grymaszę i tak dalej. I że chcę pokazać. I że pewnie podjadam z pentry nocą, bo strategicznie moja kajuta jest tuż obok, a przed nimi udaję, bo JAK MOŻNA NIE JEŚĆ, jak tyle dobrego jest pod ręką prawie?! Ja nic nie pokazuję, ja po prostu nie mogę więcej, niż mogę. Hm. Zupełnie inaczej było rok temu, kiedy byłyśmy z Moniką we dwie.
To nie moja wina, że one obżerają się, a po 16-tej do pentry wstawia się na nocną zmianę załogi żarełko, oni schodzą z wachty wyprani z wysiłku, potrzebują zjeść. Kolacja jest o 18-tej, panie już sprawdziły w pentrze na nocne żarcie wystawiono, co tam jest i zjeść kapeczkę, czemu nie. Zostawcie dla tych, co pracują, za chwilę kolacja...
Monika opowiadała o blogu łasuchów dzisiaj, i jak się poznałyśmy i dlaczego ja tu jestem, Magda (siedzi naprzeciwko mnie przy stole) zauważyła, że ja jestem przeciwieństwem łasucha.
Lubię wszystkiego popróbować. Nażerać się nie lubię, byłabym chora. Inna perspektywa z tego rejsu, inne wrażenia. A poza tym to już nie jest kuchnia Pana Leszka, to nie te jego smakołyki, grzybki marynowane, szaszłyczki i tak dalej. Poprawna kuchnia, ale bez polotu, bo co to za kucharz, który na pierwsze daje krupnik, a na drugie kaszę z mięchem? Albo - zupa frutti di mare, a na drugie halibut smażony? To dla mnie jest masło maślane, masłem sklarowanym popijane. No ale w tej sprawie publicznie się nie odezwę, bo już byłabym tak grymaśna, że głowa boli.
A ja jestem na urlopie, na luzie, nikomu nie zwracam uwagi, nie krytykuję, nie mam szpilek, a czasami czuję się jak poduszeczka do wbijania tychże. Zagęszczenie kobiet, nie tych studencko-załoganckich, a turystycznych, pomysłem dobrym nie jest, zwłaszcza kobiet o zapędach pedagogicznych. Daaaaaaaaaaaaawno wyrosłam z wieku szkolnego...Lubię jasne komunikaty, jasne przekazy, żadnych tam wychowawczych gierek podjazdowych - przyjmuję ludzi, jakimi są, starsi już i się ich NIE WYCHOWA, i wypraszam sobie wchowywanie mnie. Tym bardziej, że jestem tu cicha, spokojna, nikomu nie wadzę i nikogo nie krytykuję. Baby w grupie są okropne. Każda z osobna - miodzio. W grupie - harpie. Taki fenomen.
Koja, książka, kimonko.
----------------
15.07. Niedziela
Dzisiaj igrzyska. Portugalię mamy za burtą, stanęliśmy w dryft bez żagli, dzisiaj totalny odpoczynek. Urodziny Mirka, małżonka pani dziekan (Szkoła Główna Handlowa czy jakoś tak). Magda prosiła, żeby kucharz podał ciasto do kawy o 15-tej, to odśpiewamy sto lat i tak dalej. Ależ tam! Szczęka Magdzie opadła, kiedy zeszła do kuchni po ciasto. Pan piekarz upiekł biszkopt i wyrychtował znakomity tort! Mirek został zupełnie zaskoczony, wchodzi do mesy - a tu towarzycho , tort i sto lat! Lepszej czterdziestki nie mógł sobie wymarzyć.
Komendant zaprosił nas do salonu, Rysio zaserwował Grand Marnier, no i tak obchodziliśmy urodziny.
Wieczorem zebrały się wiadome BABY oraz Jurek, babski król. Wypiliśmy po odrobinie whiskey udając, że to herbata, bo nie mogliśmy gorszyć pętającej się tu i ówdzie pracującej młodzieży.
Od paru dni śledzę w godzinach pokolacyjnych Tour de Pologne. Przez 5 etapów liderem był Polak, ale dzisiaj na mecie w Bukowinie Tatrzańskiej niestety, pożegnał się z koszulką lidera. Jutro ostatni etap - Kraków.
Poplotkuję trochę (wiem od Rysia). Jest na statku takie smutne dziewczę, córka kierownika nauk. Piętnastolatka. Myślałam - pewnie nudzi się potwornie, bo studenci dla niej za starzy, a starzy to w ogóle. Okazało się, że statek to swoiste zesłanie dla piętnastoletniego ćpuna, tatuś postanowił ją odseparować od towarzystwa. Dobry sposób. Dziewczyna w końcu zaprzyjaźniła się z jedną ze studentek, bo do kogoś musi się odzywać przez te 2 miesiące, nie tylko do taty.
Koja, książka, komarek.
-------------------------------
16.07.Poniedziałek
Szwagierka Ewy Amerykanki dostała się na Queens University (literatura). Dałam Ewie moją wizytówkę i spojrzawszy na nią Ewa zapytała, czy to TO miasto, gdzie jest niejaki Queens University. James (mąż Ewy) był bardzo sceptyczny, czy to dobry wybór, ale siostra była tu latem i bardzo jej się podobało. Ale zima, zima! - powiada James. Zimą po pierwsze studenci musza się uczyć, a po drugie to żabi skok z Connecticut i nie taka wielka różnica, jeśli chodzi o klimat. Prawie żadna.
------------
Późny wieczór, niedługo północ, bo czas nam się przesunął, jestem bliżej domu o jedna strefę czasową. Stoimy na kotwicy w Lizbonie, jak i wiele innych zaglowców z Regat. Jutro o 19-tej jestesmy umówieni z pilotem i cumujemy na kei tuż pod lizbońską Starówką. Pięknie dzisiaj było - płynelismy spokojnie wzdłuż wybrzeży Portugalii, całkiem blisko, popołudniem późnym minęliśmy najdalej wysunięty na zachód punkt Europy - Capo di Rocca. Słońce, ale cały czas chłodnawa bryza oceaniczna. Za Capo di Rocca skręciliśmy na wschód nieco, przed Lizboną. Od lądu buchnęło jak z pieca, coś niesamowitego. A teraz na kotwicowisku - zbliża się północ i jest gorąco, komfortowe miejsce to kajuta, gdzie jest klimatyzacja.
Jutro studenci pucują statek (już dzisiaj dwa razy szorowali pokład!), relingi częściowo pomalowane, reszta jutro, na tych pomalowanych już zdążyła zebrać się sól, więc jedni będa czyscić, inni malować. Na 19-tą statek ma być na błysk, bo we środę zawitaja pierwszi goście, mieszkańcy Lizbony.
Rysio był uprzejmy mnie powiadomić, że będę się musiała przenieść do innej kajuty, bo moją zajmie prezydent Szczecina. Ja moją mam do 20-go, a potem teoretycznie niby schodzę z pokładu, ale mnie przytulą jeszcze na jedna noc - jest jeszcze jedna wolna kabina, ale widać niezbyt pańska, jak na prezydenta Szczecina na przykład. Z prezydentem Szczecina mamy na pieńku, bo podał na facebooku wiadomość, że pierwszy Chopin, i że Mir pierwszy przekroczyłó linię mety (cep głupi - to nie o taka pierwszość chodziło, to był wyścig na czas!), o Darze nie wspomniał. Monika z Krysią natychmiast dały słuszny odpór potwarzy, nadały stosowny sms do Wawrzka, a Wawrzek umiescił go na facebooku. Prezydent (z zawodu dziennikarz, ale chwilowo polityk) dostał opieprz o dziennikarska nierzetelność i póki co - milczy.
Dziewczyny poprosiły, żebym opuszczajac kajutę armatorską powbijała jakieś pinezki. Albo szpilki chociaż.
Prawie północ. Jutro będe miała na statku wi-fi, ale nie wiem kiedy, bo do portu wejdziemy gdzieś ok.20-tej i wtedy pojawią się oficerowie łącznikowi.
Artur musi wpłacić jakąś drobną kaucje za urzadzenie, które trzeba będzie zamontować na statku - i już będę w sieci.
Fajnie. A zapowiadało się, że wczesniej niż 19-go nie wejdziemy, tymczasem już jutro będziemy na kei, i to w znakomitym punkcie miasta. Krynia będzie za przewodniczkę, bo przestudiowała 3 przewodniki po Lizbonie i wie, jak najlepiej wykorzystać czas, te 4 dni. Czwartego po kolacji wybywam do hotelu lotniskowego, teoretycznie, bo w praktyce to dopiero oficerowie łącznikowi z Lizbony powiedzą, co jest przygotowane na różne okoliczności, jakie udogodnienia dla tych, co schodzą z pokładu i lecą w świat.
Koja, książka (na co mi zeszło - "Ultimatum Bourne'a" Ludluma!), kimanko.
-----------------
17.07.Lisboa Harbour
Świt blady, 15 minut do wciągnięcia bandery. Wyszłam na pokład - bardzo ciepło, martwa fala, prawie lustro. Niedaleko nas Alexander Humboldt na kotwicy i kilka innych, ale nie wiem, jakie, bo są od wschodniej strony i słońce mnie oślepia, mimo okularów. Zdaje się, że czeka nas jakieś 12 godzin do wejścia do portu. Do tego czasu będziemy się byczyć na pokładzie, a młodzież pucować statek. Pokład już wczoraj dwukrotnie szorowali, ale Komendant pewnie zadba o to, żeby mieli co robić.
Żagle zwinięte i tak chyba już zostanie do czasu wypłynięcia w morze do Kadyksu. W Kadyksie częściowa wymiana załogi i chyba reszta gości wysiada. Idę na pokład, za 10 minut bandera.
----------
Południe. Fluta, wokół statku pływają ryby, podpływają też łodzie z nabrzeża. Sporo łodzi z dziećmi. Jakiś samolocik akrobata przefrunął, zrobił piękną beczkę, potem świecę w niebo i oddalił się korkociągiem w stronę lądu.
Na pokładzie upał, byłam prawie dwie godziny - poczytałam, używając relingu jak pulpitu. Nie da się siedzieć ani tym bardziej leżeć, za gorąco. Chciałam się przejść po pokładzie - mowy nie ma. Teakowe deski rozgrzane jak patelnia. Do obiadu pół godziny, odpoczywam w komfortowej temperaturze klimatyzowanej kajuty.
-------------
O 15:00 zabawa. Skakanie z trapu do wody. Wysokość ok.6 metrów. Ja się na to nie pisałam, skoczyć to pół biedy, ale potem wyjść na pokład te 6 metrów po drabince, to nie jest łatwa sprawa. W dodatku z jedną zwichrowaną ręką - trzeba się cały czas podciągać na rękach własnie, a drabinka na zwyczaj pójścia w niewygodny odchył. Nawet nie musiałam sobie przemawiać do rozumu, po prostu nie dla mnie te zabawy. To młodzież miała zabawę, ale wszystkich zakasował Szwajcar, który skakał w pięknym stylu na główkę. No i pływak znakomity.
17:15 - silniki w ruch, będziemy się turlać w stronę rzeki, pilot ma nas przejąć pod mostem jakimś i doprowadzić do portu pod starym miastem. Zaraz idę na pokład dokumentować wszystko, wreszcie krajobraz się trochę zmieni.
podobno mniej więcej o 21-szej powinniśmy cumować. Natychmiast udajemy się z Krysią na ląd w poszukiwaniu jakiejś knajpki, gdzie można zjeść frutti di mare i ewentualnie napić się jakiegoś porto. Będziemy w centrum, więc powinnyśmy coś znaleźć bez trudu. Lecę na pokład.
------------------------------------
1:30 czasu miejscowego i noc już ciemna, aczkolwiek Lizboa zaczyna życie po 22-giej. Zacumowaliśmy na kei przed 21-szą. Faktycznie, jesteśmy w centrum starego miasta, a raczej przy. Wchodzenie do starego portu było cudne - zrezygnowałam z kolacji (wszyscy się zatroskali, że umrę z głodu, a dla mnie kluchy to żadna kolacja). Przede wszystkim jak w San Francisco - stary port jest nad rzeką, a dwa brzegi rzeki spina replika Golden Gate Bridge.
Dopóki nie weszliśmy w koryto rzeki, była jaka taka bryza od zatoki i Atlantyku. Nagle buchnęło jak z pieca - gorący wiatr, porywisty wręcz, tak jakby ktoś otworzył piekarnik i dmuchał mocno w naszą stronę.
W końcu zacumowaliśmy, tuż przed Humboldtem. Przed nami miejsce, myślę, ze to dla Mira, tradycyjnie te jednostki cumują koło siebie.
Mnie i Amerykaninowi nie wolno było zejść z pokładu (błąd, że nie zabrałam paszportu polskiego - byłabym obywatelem EU!), ale Rysio nic nie widział, nic nie słyszał...zeszliśmy.Amerykanie i Dziekanostwo pognali w miasto, a my z Krysią spokojnie, powolutku. Wszyscy mieli nadzieje, że słońce zajdzie i zrobi się chłodno. Nie ma takiej możliwości!
Po prostu mury oddają ciepło. Stare miasto (Aflama) jest na stromych pagórach, uliczki wąskie i bardzo strome, a tak wyslizganych bruków nie widziałam nigdzie na świecie. Jeszcze te "drogowe", do jazdy wszelkimi pojazdami - owszem. Ale wąziuteńkie chodniki, wyłożone drobną kostką, są po prostu niebezpieczne dla dla zdrowia. Jazda jak po lodowisku.
Zasiadłysmy z Krysią w knajpie - ogródku, na takim małym placyku. PIWO!!! ZIMNE PIWO!!! Krzyknęłysmy gromkim głosem i owszem, podano nam piwo, carpaccio z lokalnego pysznego salami i pieczony jakis ser, plus museczka oliwek - te dodatki to do piwa, na dzień dobry i bez opłaty. Zamówiłyśmy sardynki, bo wszyscy się tymi sardynkami zachwycają. To nie są sardynki, tylko SARDYNY, takie wielgie! Smażone. Owszem, pyszne, ale ja w tym upale wtrząchnęłam jedną, Krysia z pewnymi oporami moralnej natury zjadła resztę, czyli 4. Cena niezbyt wygórowana, 7 euro. Już wykombinowałysmy z Krysią w Paryżu, że nie warto zamawiać wiele, jeden talerzyk, a potem ewentualnie dobrać coś. W życiu by mi więcej nie przeszło - wymiotłam oliwki, spróbowałam carpaccio i serka, no i tę sardynkę. Północ, a na termometrze 34C.
Wracając, wstąpiłyśmy do sklepu, zakupiłyśmy strategiczną ilość zimnego piwa i urządziłyśmy Night Club na rufie. Krysia, monika, ja i nasz babski król Jurek. No i tak nam zeszło.
Jeszcze uwaga na temat piwa - złe ono nie jest, jak się otwiera butelkę, to chmielem jedzie, ALE...ale charakteru wyrazistego to ono nie ma. Popróbowałam trzy lokalne, portugalskie cervezy i zdaje się, że zejdę na heinekeny i tym podobne. Bo bez piwa tu sie nie da przeżyć, to pewne!
Koja, książka, kimono.
---------------------------

Alicja Adwent <alicja.adwent@gmail.com>


7/27/12

to rolewska






Podsyłam dziennik pokładowy, tylko do własnej wiadomosci


P.S.
Haneczko,
na tym skończyłam dziennik pokładowy i nie spisywałam tego, co na ladzie, raczej fotografowałam i cos tam na blogu zapodawałam. Jerzor ma pretensje, że dziennik "urwany". Przeciez słałam do niego codzienne maile!

Alicja Adwent <alicja.adwent@gmail.com>


8/13/12

to ewa.sidwa






Podsyłam dziennik pokładowy , spisywałam go codziennie (ja tak zawsze robie w podrózach) i nie zmieniłam niczego. O Was pewnie też tam jest, nie miejcie mi za złe! Trzymaj ten "dziennik" dla siebie, wolałabym go nie upubliczniać i nie edytować, żeby się nikt nie obraził.
A.


Dziennik_pokładowy-Dar Młodzieży 2012

Załoga + studenci + goście = 171 sztuk

Niedziela, 08.07.2012, Zatoka Korsarzy, St.Malo
Dzisiaj wypływamy w morze. O 8:00 jak co dzień została wciągnięta bandera - taki zwyczaj. Goście i starszyzna załogi na górnym pokładzie ustawieni pod relingami, na dolnym pokładzie reszta załogi. Baczność na czas wciągania bandery, po wciągnięciu bandery Komendant podchodzi do każdego "górnopokładowca" i wita się mocnym uściskiem dłoni i zwyczajowym "dzień dobry".
Wypływamy o 9:00, i to precyzyjnie, bo statki muszą przechodzić przez śluzę, pojedynczo. Najpierw my, za nami Mir, a potem następni.
Komendant powiada, że Fryderyk Chopin wychodzi dopiero o północy. Tutaj przypływy i odpływy sterują tymi rzeczami. Na dzisiejsze przedpołudnie zaplanowano największe jednostki.
Idę na śniadanie (8:30)
Po śniadaniu (kiełbaski babuni + grapefruit)jesteśmy gotowi na wszystko. Chmury i dość ponuro, wieje chłodny wiaterek. Miał przyjsć Sławek z Anką nas pożegnać, ale nabrzeże idealnie puste. Jedynie nasi dwaj oficerowie łącznikowi przyszli się pożegnać.Staliśmy dość długo i cierpliwie, w końcu około 10-tej odcumowaliśmy, holownik odciągnął nas do tyłu i zaczęliśmy się obracać dziobem w kierunku śluzy. Pomachała nam "Pogoria", ale bliźniaczy Mir, którego mijaliśmy, nie wykazał zainteresowania. Zazwyczaj załogi wylegają na pokład i machają przyjaźnie tych, co odpływają. Tak zrobił stojący za Mirem hiszpański Juan Sebastian Delcano (militarna jednostka). Zwyczaj każe też, żeby dać głos syreną pokładową.Mirowi chyba odebrało głos, albo co...

No i stoimy w śluzie, na nabrzeżu zbiera się tłum. Słysze, że ktoś mnie woła - to Elap z Bernardem przyszli nas pożegnać. Jak miło! W dodatku chmury się rozeszły i można było zrobić jakieś przyzwoite zdjęcia. Cała naprzód z wieży przy śluzie (jak na lotnisku, tylko mniejsza) padła o 11-tej. No i ruszyliśmy. Wieża podziękowała nam i życzyła, żebyśmy przybili do Lizbony w lepszym czasie od Mira (Mir był lepszy w St.Malo). Publika biła brawo, nasi studenci robili pożegnalną falę i coś tam pokrzykiwali, my machanko...


i byle dalej, dalej, dalej, dalej, dalej...
Dopiero poza śluzą dało się zauważyć, że wiatr jest dość spory. Nie wiem, kiedy postawimy żagle, już mi za nimi tęskno, bo jednak na silniku to nie zabawa. Trasa z Gdyni do St.Malo wg. Moniki była zimna i niestety, duża część trasy na silniku, bo nie było odpowiedniego wiatru. Teraz wieje, ale pewnie musimy wyjść na odpowiednie wody, aby postawić żagle.
Na obiad- rosół z kluseczkami, kurczak w potrawce, kalafior z wody i ryż (trochę za słodki, z rodzynkami). Zjadliwe, ale to jednak nie klasa ś.p. Pana Leszka.
O 15:30 wcześniejsza kolacja w postaci prawdziwej uczty. Otóż prosię pieczone, bo dzisiaj obchodzimy 30-lecie Daru Młodzieży. Dar Młodzieży wypłynął w dziewiczy rejs 10 lipca 1982 r. pod komendą Tadeusza Olechnowicza.
I jak to mówią - reszta jest historią.
-----
Po przyjęciu u Komendanta - bo tak należałoby określić ową przyspieszoną kolację z prosięciem:

W mesie oficerskiej zebrała się stała załoga Daru i goście, oraz dwóch oficjeli STI (Sail Training International), którzy są obserwatorami w regatach. Ci dwaj panowie zachowali się pięknie, dla  ścisłego kierownictwa przygotowali z okazji 30-lecia Daru Młodzieży skrzyneczkę Chateau du Pape neuff, bardzo dobrego francuskiego wina.


Komendant wygłosił przemowę, rozdał wszystkim symboliczne upominki, szef kuchni przystąpił do krajania prosiaka, a my do spożywania. Michał polał wino, wznieśliśmy drobne toasty i tak w radosnej atmosferze upłynęło nam popołudnie. Akurat siedziałam przy tych Francuzach z STI.
Zagadnęłam, jak jedzonko im smakuje. Otóż wspaniałe, we Francji pieczone prosię podaje się przy bardzo wyjątkowych okazjach. No, u nas na Statku też, a okazja bardzo stosowna. Prosiaczkowi towarzyszyła sałata mieszana, małosolne zakiszone przez Szefa kuchni, do mięsa kilka sosików, w tym wspaniały tatarski, na deser ciasto drożdżowe z owocami i kruszonką. Francuzi zachwyceni.
O 18:30 alarm dla załogi i studentów - pod maszty!
No i na wantach zaczął się ruch jak na Marszałkowskiej, stawianie żagli. Wylazłam na moją ulubioną bakistę, żeby wszystko odpowiednio udokumentować. Poszło bardzo sprawnie - i natychmiast przechył kapitański,jak należało się spodziewać w tych warunkach, czyli ja spadam z koi. To znaczy nie spadam, bo przecież są dechy zabezpieczajace. Monika, prawie drzwi w drzwi ode mnie, ale na burcie Intendenckiej, będzie się za to przytulała do ściany.
Płyniemy na północ. Wyścig zaczyna się dopiero od pewnego punktu przed Biskajami, punktualnie o 10-tej rano we wtorek. Do tego czasu musimy się jakoś zabawiać, Komendant przyjął kurs na północ i płyniemy na Wyspy Brytyjskie, nie wiem, jak daleko, ale mamy sporo wolnego czasu do zagospodarowania.

Załoga i studenci skończyli manewry, na rufę przyszedł Jurek (były operator z TV Gdańsk, teraz niezależny) z kamerą, filmował wszystko z dzioba, za nim Krysia (też tv przecież - TV Polonia, chociaż Krysia akurat na urlopie i prywatnie na Darze), no i Mira, było nie było dziennikarka morska i stara żeglara w jednej osobie. Właśnie wydała książkę (mam nadzieję, że dostanę egzemplarz). Zalegliśmy we czwórkę na pokładzie, podziwiając okoliczności przyrody, a jest co podziwiać. Słońce leje się sreberkiem po morzu od jednej strony, bieli grzywaczami od drugiej. Podróżują z nami dwaj gapowicze - gołębie pocztowe.


Wywiało mnie wystarczająco, pora na zajęcia jednoosobowe, mam książkę do poczytania. Oraz puszkę Leffe do wypicia (19:30). Wszyscy rozeszli się do zajęć w jednoosobowych "podgrupach".
Pogadałam z Rysiem Intendentem (pierwszy po Komendancie w hierarchii na statku, zaprzyjaźniliśmy się jeszcze w ub. roku). Rysiu zaprasza nas, Cztery Dziewczęta (Monika, Krysia, Mira i ja) do kajuty Komendanta na winko jutro wieczorem. Może pojutrze, bo nie wiadomo, co się może zdarzyć, zobaczymy.
Są zapasy, bo w St.Malo przybyło tego i owego. Przy okazji sprezentuję Komendantowi kanadyjską flachę, którą zakupiłam na okazję, Crown Royal (no, coś królewskiego w nazwie, skoro Król Artur nasz obchodzi za ileś tam dni czterdziestkę!).
"Dziewczęta" są nieco leciwe, ale za to przeurocze, a jakże, Mira i Monika to już weteranki na Darze, ja "bywała", można powiedzieć, a Krysia pierwszy raz. Chyba założymy jakieś towarzystwo albo co.
Tu musze napomknąć, że od 30 lat pływała na Darze sędziwa kobieta ze Szwajcarii. Pływała rok w rok, na jakimś wybranym odcinku (w zeszłym roku nie miałam okazji jej spotkać, zamustrowała się po mnie). Po raz pierwszy nie pojawiła się w tym roku i nie jest wpisana na listę, nie wiadomo, jak tam z nią i co się stało. W tym roku miałaby 88 lat. Była fizycznie całkiem sprawna podobno.
Z "turystów" sensu stricte płynie Stefen (Szwajcar), już po raz trzeci (w ub. roku go nie było), oraz jakaś młodsza para z Polski, jeszcze nie wiem, co za jedni, ale pewnie się dowiem, bo przyjacielscy i gadatliwi, a mamy 2 tygodnie na pokładzie.
Ja występuję na zasadzie owszem, turystki, ale swojaka z grona wtajemniczonych przy "ścisłym kierownictwie" (Komendant, Intendent Rysio i Starszy Steward, czyli Michał).
Tu wspomnę o Michale, otóż Michał pływa na Darze od samego początku, a pływał jeszcze na Darze Pomorza kilka lat! Jest jedynym członkiem załogi, który tak długo pływa (40 lat), i jedynym pozostałym członkiem z Daru Pomorza.
Bardzo profesjonalny pod każdym względem, a prywatnie uroczy, pełen humoru i tak dalej. Poznałam ścisłe kierownictwo na przyjątku u Moniki w ub. roku w Szczecinie, no a potem był mój pierwszy rejs. Dlatego jestem "swoja" i ścisłe kierownictwo wyściskało mnie na powitanie jak starą znajomą.
-----
Wieczorkiem późniejszym zebrałyśmy się z Moniką i Krysią u mnie w kajucie, Mira gdzieś się zaszyła. Monika przyniosła Captaina Morgana, którego nie może pić, ale dostała w prezencie od współwłaścicielki "Kapitana Borchardta", Haliny M.

Halinę poznałam w St.Malo na paradzie załóg - one już znały się z Moniką od jakiegoś czasu. Natknęły się na siebie, a parada była tuż obok Cafe St.Malo, gdzie spożywaliśmy w zacnym gronie owoce morza i napitki szlachetne. Zacne grono - Krysia, Monika, ja, Sławek z Anką i Młodym, Ela z Bernardem. Podczas gdy większość z nas wyległa fotografować, zawsze ktoś pilnował zastawionego stołu. Halina, słusznej postury kobieta w "podeszłym wieku"...oceniam ją na średnią czterdziestkę.


Zaprosiła nas na pokład Kapitana Borchardta w Lizbonie. Skrzętnie skorzystamy. O właśnie - ponieważ Brest wypadł z portów, do których zawijamy, do Lizbony przyturlamy się już 19-go lipca. Czyli wypada mi jeden dzień dłużej w Lizbonie.
No dobra...koja mnie woła gromkim głosem, północ niebawem.
------
Poniedziałek, 09.07.
O 8-mej tradycyjne podniesienie bandery.
Dzień szary, fala zdechła prawie, fluta, jak nic żagle dzisiaj zwiną przynajmniej na parę godzin. Jesteśmy pod Anglią, na 50-tym równoleżniku (nie wiem, na jakim południku, nie chciałam przeszkadzać w nawigacyjnym, studenci mają zajęcia). Jest zasięg telewizyjny, przy śniadaniu wiadomości, polscy siatkarze mistrzami LM.
W mesie pustki, Jurek wcześniej zjadł śniadanie i poleciał nadawać coś do swojej telewizorni - Jurek ma przywilej, kod komputerowy, ale klnie w żywy kamień, bo jest to wolne i ładowanie materiału zajmuje sporo czasu. Jurek jest z telewizji gdańskiej i dokumentuje ten rejs od wypłynięcia z Gdyni aż do Kadyksu, z tego mają wyjść migawki dla tv Gdańsk (Krysia upomina się o swoją warszawską TV Polonia, a nuż...), poza tym ma być dokument i jakiś film-opowieść o 30 latach Daru.

Mira z Moniką nie zjawiły się na śniadanie, natomiast przysiadła się para trzydziestoparolatków - myślałam, że to jacyś załoganci, ale nie, to małżeństwo z Connecticut, ona Polka, on Amerykanin. Trasa taka, jak nasza, St.Malo do Lizbony. Wyjechali odpocząć po trudach bycia rodzicami przez 7 miesięcy - zostawili oseska pod opieką dziadków i zrobili sobie urlop, a rejs Darem wykupili sobie na aukcji Jurka Owsiaka w zeszłorocznej Orkiestrze Świątecznej. Ona sympatyczna, wysoka blondynka, gidyja taka, a on jeszcze nie wiem, misiowaty taki trochę, Zaznajomiliśmy się, więc pewnie z czasem dowiem się więcej.
Michał woła do Salonu Kapitańskiego na rytualną kawkę o 10-tej. Lecę.
--------

Ciepło, więc byczymy się na rufie, podpłynęliśmy pod brzegi Albionu, no to oczywiście jakaś mżawka się pojawiła i takie tam. Ostatni dzień przed regatami, więc luz, po południu zawracamy na właściwy kurs, zeby rano być o odpowiedniej porze na starcie. Z wielkich statków jest Dar, Mir, Juan Sebastian, Alexander Humboldt, Admiral Nelson, umknęły mi ze dwa inne.


Nie ma Sedova, Kruzenszterna, kolumbijskiej Glorii i paru innych wielkich, bo oni co 4 lata robią sobie swoisty zlot w Breście (dlatego dla regat Brest odpadł).
Z polskich jest Kapitan Borchardt, Pogoria, Dar Szczecina, Zawisza,no i oczywiście Fryderyk Chopin.

A z Mirem to jest tak - Mir jest poprawioną wersją Daru, powstał w stoczni gdyńskiej 4 lata po Darze i Zygmunt Choreń, konstruktor) usprawnił tam sporo rzeczy, które w Darze działały nie tak, jak on sobie planował. Dlatego Mir jest szybszy. ALE...ale żeby był maksymalnie szybki, Ruchole przed rozpoczeciem wyścigów pozbywają się wszystkiego, czego tylko mogą, żeby tylko zwiększyć wyporność. Pozbywaja sie zapasów wody, na start jadą na silniku, żeby spalić jak największą ilość paliwa, dziwnym trafem gdzieś "gubią" im się szalupy ratunkowe, co już jest przecież zagrożeniem dla zycia ludzkiego w razie, gdyby była potrzeba ewakuacji. No ale tacy są Rosjanie, wpieriod za wszelką cenę. Pogoda co rusz, to zmienia się. Wiatr nam padł, więc na silniki, czyli ze my też zgubimy trochę paliwa po drodze. Po południu Artur doniósł w sekrecie, że i jemu doniesiono, że Mir już jest w rejonie startu - od St.Malo płynął na silnikach, skubany!


Książka, koja, kimonko.
-----------------
Wtorek, 10.07.
Na start przybyliśmy switem bladym, gdzieś na horyzoncie w rozsypce jednostki startujace w regatach. Wygląda to tak, że zjawiają się dwa okręty wojskowe, które tworzą swego rodzaju "bramę" na oceanie. Jednostki przechodzą przez tę bramę, a przedstawiciele ITS odnotowują czas. Mir wystartował pierwszy o 8-mej, o 9-tej my, za nami chyba Chopin, nie jestem pewna. Wiatr wiał, była nadzieja na sztorm, wtedy duje. Mnie się sztormu nie chciało, ale gdyby miało to coś pomóc...Bardzo szybko statki zniknęły nam z oczu. Po południu pojawił się od prawej burty Chopin i bardzo ładnie, długo nam towarzyszył.
Żartów nie ma, zaczął się wyścig i wachta jest pędzona do roboty, brasują reje w zależności od kierunku wiatru bez wytchnienia. Bosmani klną jak szewce, wydając komendy, zresztą, oni też zasuwają jak górnicy przodkowi. Jurek kręci, ja mu od czasu do czasu trzymam statyw, kiedy idzie zmieniać baterię do kamery - w ten sposób awansowałam na asystenta operatora i mogłam wejść, gdzie goście nie powinni się kręcić w czasie akcji, aby nie przeszkadzać w pracy.

W międzyczasie omal nie zalałam statku. Postanowiłam iśc pod prysznic i umyć głowę, a czasowo mi to zabiera, bo długie włosy. A tu nagle przechył, i to spory, i nie w tę stronę, w którą powinien być dla mnie, tzn. nie w kierunku otworu odpływowego. Ale brodzik jest dosyć głęboki, więc wymierzyłam sobie, że akurat dam rade spłukać włosy, a potem popchnę wodę w kierunku spływu i jakoś się jej pozbędę. Oj, nie dało się. Brodzik miał słaby punkt i przelało się trochę na reszte łazienki, niby też brodzikowatej, ale w podłogę wchodziły też rury od umywalki i te były kiepsko izolowane, o czym jeszcze nie wiedziałam. Zakończyłam mycie i przystąpiłam do akcji przekierowywania do otworu ściekowego, najpierw z łazienki.


Nagle słyszę łomot do drzwi. Ubrałam maliniak, wychynęłam, a tam Piotr, młodszy steward i Marysia stewardessa - pani nas zalewa! Korytarzem płynie rzeczka, Marysia mopem zawraca rzeczkę, za chwilę chłopcy z kuchni mają wnosić do pentry kocioł gorącej zupę z kuchni...o rany! Marysia wróciła do obowiązków, wzięłam mopa i doprowadziłam do suchości moją łazienkę w tempie błyskawicznym, Piotrek skrzyknął dwóch Olafów Mocarnych, kazał im przynieść stare prześcieradła, wręczył mop i kazał wszystko osuszyć na korytarzu. Najpierw się sumitowałam, a potem pomyślałam sobie, że do cholery mogli mi powiedzieć, że są nieszczelności i w pewnych warunkach lepiej odpuścić sobie prysznic. Żeby nie było na mnie, opowiedziałam wszystko Michałowi i Rysiowi, kazali mi sie nie przejmować, bo "załoga musi być przygotowana na wszystkie scenariusze, takie też". No, polepszyło mi się, ale wolałabym takich sytuacji nie przerabiać.
Wieczorem Król Artur powiedział nam, że póki co, Mir ma nad nami przewagę, ale nie taka znaczną. Kierownictwo zmęczone, nie mamy czasu się napić. Artur podsypia, w nocy wychodzi na pokład i sprawdza, co się dzieje, mimo, że na nocnej wachcie zastępuje go pierwszy oficer. Ale pańskie oko...itd.
Książka, koja, kimonko.
---------
Środa, 11.07
Dzisiaj na "portowy" maszt bandera. Generalnie robi się to tylko w portach, albo przy specjalnych okazjach. Dzisiejsza specjalna okazja to "wodowanie" książki. Mira Urbaniak napisała książkę, no i onaż własnie miała być wodowana (książka, nie Mira), to maltański zwyczaj. Książkę wodował sam Król Artur, ja i Krysia robiłyśmy z mostka kapitańskiego zdjęcia, Jurek nagrywał kamerą, zresztą Mira wygłosiła krótkie przemówienie przed wodowaniem i to też zostało nagrane.
Dla ścisłości - książka została umieszczona w sporej butli, nie wiem, czy to na zamówienie, czy jak to było zrobione, w kazdym razie tak to się odbyło. Artur rzucił, udało mu się walnąć butlą w napiętą wiatrem banderę (bo maszt portowy jest dość niski) i udało mi się w tym momencie zrobić zdjęcie.
Dzisiaj nieszczęścia chodziły po Michale, który codziennie o 10-tej robi dla nas czterech wiedźm kawę w salonie kapitańskim. Ustawił piękną darową porcelanę, cukier, mleczko, ciasteczka jak zwykle, poszedł do swojej kanciapy z ekspresem itd. po kawę. Pech chciał, nagły przechył, ale taki po byku! Filiżanki się sturlały (na szczęscie nie potłukły), najgorsze, że wylało się mleko na dość gęsty dywan, w końcu to salon kapitański. Przychodzimy - a tu Michał na kolanach ze specjalnym odkurzaczem-praczem i czyści ten dywan. Nie wiedziałyśmy o nieszczęściu, myślałyśmy, że Michał sprząta, więc nieśmiało pytamy, czy dostaniemy kawy...
Na co Michał - tak, dostaniecie, ale opierdol!
My niewinne lelije, on na to, że winne, krnąbrne i opieszałe, bo jak przyszłybyśmy 5 minut wcześniej, to już rozlałybyśmy sobie mleko po porcelanie i nieszczęścia by nie było.
Pogoda bardzo zmienna. Raz słońce, raz chmury, zmienne wiatry, ale podobno tak to jest na Biskajach. Studenci co chwila brasują przez ten wiatr zmienny, ale niech się uczą, nich się uczą! Krysia z Monika poszły po obiedzie na rufę, mnie się nie chce, poczytam coś, może potem wyjdę, a nuż się przejasni?
Zdecydowanie kuchnia zeszła na psy. U Pana Leszka było naprawdę urozmaicone jedzenie. Tutaj wczorajsza węgierska zupa mi smakowała, prosie pieczone było dobre, a poza tym ogóreczki małosolne i sałatki z buraczków. Reszta niestety, jadalna, ale nie podniecająca. Mnie obsługuje Michał - pamięta z ub. roku, ile ja zjadam. Nie cierpię zostawiać, a zawsze mogę poprosić o dokładkę. Idę na pokład, przeciera się, więcej słońca niż chmur.
-------

19:30. Słońce, przyjemnie, ale od paru godzin wiatr zdechły, kompletna flauta. A tu wyścig i nie wolno włączyć silników. Jakoś się bujamy. Poszłam na rufę - patrzę na zachód, a tam jakby gejzerek. Przywidziało mi się? Za chwilę znowu. Narobiłam szumu, wszyscy na prawej burcie, gapią się. Wieloryb nawet machnął ogonem, ale daleko, niestety. Krycha zauważyła delfiny za rufą. Też cholery trzymają się z daleka. No nic, zajrzę na pokład za chwilę, teraz wachtę z aparatem trzyma Krystyna.


--------
Panie zażyczyły sobie herbatki z Kpt.Morganem. Zaprosiłam, rozlałyśmy do kubków. Mira doszła do wniosku, żeby nam wręczyć po egzemplarzu swojej książki z odpowiednimi dedykacjami. Odbyło się uroczyste wręczanie, a jakże, a potem udałyśmy się na pokład w celu polowania na delfiny. Cholerne wieloryby ciągle są, ale daleko, prawie na horyzoncie. Złapać delfiny aparatem - ciężka sprawa, ale dałyśmy radę. Krysia nastawiła swojego EOS-a na trzaskanie serią i udało się całkiem-całkiem. Zresztą, im bliżej Lizbony, tym cieplejsze wody i według znawców tych wód, powinno być coraz więcej delfinów.
Książka, koja, kimonko, prawie północ.
-----------
12.07, czwartek
Słoneczko. Minęliśmy właśnie Finistere(?) - Przylądek Ciepłych Gaci (ciepłe gacie się zmienia na letnie), sztorm na Biskajach nas ominął, Komendant powiedział, że do Mira mamy jakieś 10 mil morskich, czyli circa 18km. Całkiem nieźle. Jeszcze 6 pełnych dni na morzu i 19-go zawijamy do Lizbony. Dzisiaj będzie chyba poleganie na rufie i pogaduchy w towarzystwie. Idę na kawę do kapitańskiego.
------------------------
Po południu. Leniwy dzień, wiatr taki sobie, za prędko nie płyniemy, ale Mira mamy w polu widzenia po naszej prawej burcie i niewatpliwie się do niego zbliżamy. Już samo to, że widzimy Mira oznacza, że wyszliśmy na prowadzenie, bo Mir wystartował godzinę przed nami. Oby tak dalej, oby trzymać!

W Lizbonie mieliśmy zawijać do portu 19-go, ale podobno możemy już 18-go, są na nas gotowi. No i tak prawdopodobnie będzie. czyli 2 dni więcej w Lizbonie, co mnie bardzo cieszy, bo jest tam co oglądać. I tak zostaję na statku w sensie zakwaterowania. Na lotnisku powinnam być o nikczemnej godzinie 5-tej rano, zresztą, chciałabym być, bo im wcześniej, tym lepiej, wiem, na czym to polega, nie chciałabym znowu gdzieś tam na końcu samolotu siedzieć. Mira leci o 9:30, miałyśmy kombinować dojazd razem, ale ona przerażona moją godziną. Jasne, ona leci tylko do Paryża i może przyjść godzinę przed odlotem, ale nie ja - to jest lot międzykontynentalny i 270 ludzi do odprawy (w Toronto przyszłam ponad 3 godz. przed odlotem, a stałam w kolejce 1.5 godziny).


Panienki nie latają na lotach międzykontynentalnych i usiłują mi tłumaczyć jak krowie w rowie, że godzina wystarczy. Ojej, nikt mnie nie musi odprowadzać, dam radę! Tutejsze "do lotniska jest daleko" mnie nie przekonuje, bo ja mam inne pojęcie odległości. Zapytam oficera łacznikowego w Lizbonie, co radzi. Najwyżej po południu w sobotę udam się do hotelu lotniskowego, kosztowniej, ale mam zapewnione budzenie i nigdzie się nie muszę spieszyć. Zaoszczędziłam też trzy dodatkowe darmowe noce na statku...
No ale o to będę się martwić potem. Tymczasem idę podejrzeć, co tam Mir.
---------------
Szwajcar w ramach rozrywki właził na grota (trzecia platforma!), a ja robiłam mu zdjęcia. Ma doświadczenie ze wspinaczek wysokogórskich, poza tym kawał silnego chłopa - po prostu chleb z masłem dla niego. Pozwolenie miał na marsa, ale jak instruktor zobaczył jego możliwości wspinaczkowe, bez wahania poszli wyżej. Słoneczko, jest pięknie, ale już zeszłam z pokładu, bo młodzież brasuje reje, inni czyszczą metalowe części od rdzy i starej farby, a te maszynki są głośne, reszta maluje wyczyszczone papierem ściernym relingi. Poczytam coś.
-------------------
Szwajcar przyniósł mi swoja wizytówkę z adresem mailowym, obiecałam mu wysłać zdjęcia. Pracuje w Kunstmuseum Basel w Bazylei jako pracownik techniczny, tyle wyczytałam z wizytówki (Museumtechniker/Schreiner). Narobiłam mu tych zdjęć, powinno wyjść przynajmniej kilkanaście dobrych, skubany, miał błękitne niebo. Kazałam mu robić zdjęcia jego aparatem z góry i podesłać mi parę.
13.07.piątek
No, dobry poczatek (tfu-tfu-tfu!). Idziemy łeb w łeb z Mirem, czekamy tylko, kiedy zostawimy go za rufą. Może, a może nie - nie ma co chwalić dnia przed zachodem słońca. Metę powinniśmy osiągnąć gdzieś około północy. Nikt nic nie mówi, ale oprócz zwycięstwa bezwzględnego (które mamy jakby w kieszeni), dobrze byłoby w sensie fizycznym przekroczyć metę jako pierwsi. Metę wyznaczają współrzędne geograficzne - a to widać idealnie na przyrządach nawigatorskich, więc tu nie ma żadnych wątpliwości. Nie wiem, gdzie to dokładnie jest, ale nie wchodzę do nawigacyjnego i nie przeszkadzam, wszyscy obgryzają paznokcie. Jedyne co - Mir ma dokładnie taki sam wiatr, jak i my, wyżej d... nie podskoczy.
Do kolacji godzina, idę sprawdzić, co na pokładzie - może Mir już za rufą?
-------
22:00 Emocje, emocje! Rozpiłyśmy z dziewczynami butelkę bordeaux, które przywiozła nam do St.Malo Ela od łasuchów. Nerwy!

Na teraz wygląda tak - Mir wysunął się przed nami, ale czasowo daleko mu. Prowadzi Fryderyk Chopin w klasie A (chociaż fizycznie jest za nami, ale wyszedł na stracie inaczej, niż my, na drugim miejscu my (i chyba tak zostaniemy, Mir nie ma szans uciec), na trzecim Mir. Wieść niesie, że Pogoria za nami, ale to nieoficjalna wieść.


Rysio był uprzejmy mnie powiadomić, że będę się musiała przenieść do innej kajuty, bo moją zajmie prezydent Szczecina. Ja moją mam do 20-go, a potem teoretycznie niby schodzę z pokładu, ale mnie przytulą jeszcze na jedna noc - jest jeszcze jedna wolna kabina, ale widać niezbyt pańska, jak na prezydenta Szczecina na przykład. Z prezydentem Szczecina mamy na pieńku, bo podał na facebooku wiadomość, że pierwszy Chopin, i że Mir pierwszy przekroczył linię mety (cep głupi - to nie o taka pierwszość chodziło, to był wyścig na czas!), o Darze nie wspomniał. Monika z Krysią natychmiast dały słuszny odpór potwarzy, nadały stosowny sms do Wawrzka, a Wawrzek umiescił go na facebooku. Prezydent (z zawodu dziennikarz, ale chwilowo polityk) dostał opieprz o dziennikarska nierzetelność i póki co - milczy.
Dziewczyny poprosiły, żebym opuszczajac kajutę armatorską powbijała jakieś pinezki w materac. Albo szpilki chociaż.


Prawie północ. Jutro będe miała na statku wi-fi, ale nie wiem kiedy, bo do portu wejdziemy gdzieś ok.20-tej i wtedy pojawią się oficerowie łącznikowi.
Artur musi wpłacić jakąś drobną kaucje za urzadzenie, które trzeba będzie zamontować na statku - i już będę w sieci.
Fajnie. A zapowiadało się, że wczesniej niż 19-go nie wejdziemy, tymczasem już jutro będziemy na kei, i to w znakomitym punkcie miasta. Krynia będzie za przewodniczkę, bo przestudiowała 3 przewodniki po Lizbonie i wie, jak najlepiej wykorzystać czas, te 4 dni. Czwartego po kolacji wybywam do hotelu lotniskowego, teoretycznie, bo w praktyce to dopiero oficerowie łącznikowi z Lizbony powiedzą, co jest przygotowane na różne okoliczności, jakie udogodnienia dla tych, co schodzą z pokładu i lecą w świat.
Koja, książka (na co mi zeszło - "Ultimatum Bourne'a" Ludluma!), kimanko.
-----------------
17.07.Lisboa Harbour

Świt blady, 15 minut do wciągnięcia bandery. Wyszłam na pokład - bardzo ciepło, martwa fala, prawie lustro. Niedaleko nas Alexander Humboldt na kotwicy i kilka innych, ale nie wiem jakie, bo są od wschodniej strony i słońce mnie oślepia, mimo okularów. Zdaje się, że czeka nas jakieś 12 godzin do wejścia do portu. Do tego czasu będziemy się byczyć na pokładzie, a młodzież pucować statek. Pokład już wczoraj dwukrotnie szorowali, ale Komendant pewnie zadba o to, żeby mieli co robić.


Żagle zwinięte i tak chyba już zostanie do czasu wypłynięcia w morze do Kadyksu. W Kadyksie częściowa wymiana załogi i chyba reszta gości wysiada. Idę na pokład, za 10 minut bandera.
----------

Południe. Flauta, wokół statku pływają ryby, podpływają też łodzie z nabrzeża. Sporo łodzi z dziećmi. Jakiś samolocik akrobata przefrunął, zrobił piękną beczkę, potem świecę w niebo i oddalił się korkociągiem w stronę lądu.


Na pokładzie upał, byłam prawie dwie godziny - poczytałam, używając relingu jak pulpitu. Nie da się siedzieć ani tym bardziej leżeć, za gorąco. Chciałam się przejść po pokładzie - mowy nie ma. Teakowe deski rozgrzane jak patelnia. Do obiadu pół godziny, odpoczywam w komfortowej temperaturze klimatyzowanej kajuty.
-------------
O 15:00 zabawa. Skakanie z trapu do wody. Wysokość ok.6 metrów. Ja się na to nie pisałam, skoczyć to pół biedy, ale potem wyjść na pokład te 6 metrów po drabince, to nie jest łatwa sprawa. W dodatku z jedną zwichrowaną ręką - trzeba się cały czas podciągać na rękach własnie, a drabinka na zwyczaj pójścia w niewygodny odchył. Nawet nie musiałam sobie przemawiać do rozumu, po prostu nie dla mnie te zabawy. To młodzież miała zabawę, ale wszystkich zakasował Szwajcar, który skakał w pięknym stylu na główkę. No i pływak znakomity.
17:15 - silniki w ruch, będziemy się turlać w stronę rzeki, pilot ma nas przejąć pod mostem jakimś i doprowadzić do portu pod starym miastem. Zaraz idę na pokład dokumentować wszystko, wreszcie krajobraz się trochę zmieni.
podobno mniej więcej o 21-szej powinniśmy cumować. Natychmiast udajemy się z Krysią na ląd w poszukiwaniu jakiejś knajpki, gdzie można zjeść frutti di mare i ewentualnie napić się jakiegoś porto. Będziemy w centrum, więc powinnyśmy coś znaleźć bez trudu. Lecę na pokład.
------------------------------------
1:30 czasu miejscowego i noc już ciemna, aczkolwiek Lizboa zaczyna życie po 22-giej. Zacumowaliśmy na kei przed 21-szą. Faktycznie, jesteśmy w centrum starego miasta, a raczej przy. Wchodzenie do starego portu było cudne - zrezygnowałam z kolacji (wszyscy się zatroskali, że umrę z głodu, a dla mnie kluchy to żadna kolacja). Przede wszystkim jak w San Francisco - stary port jest nad rzeką, a dwa brzegi rzeki spina replika Golden Gate Bridge.
Dopóki nie weszliśmy w koryto rzeki, była jaka taka bryza od zatoki i Atlantyku. Nagle buchnęło jak z pieca - gorący wiatr, porywisty wręcz, tak jakby ktoś otworzył piekarnik i dmuchał mocno w naszą stronę.
W końcu zacumowaliśmy, tuż przed Humboldtem. Przed nami miejsce, myślę, ze to dla Mira, tradycyjnie te jednostki cumują koło siebie.
Mnie i Amerykaninowi nie wolno było zejść z pokładu (błąd, że nie zabrałam paszportu polskiego - byłabym obywatelem EU!), ale Rysio nic nie widział, nic nie słyszał...zeszliśmy.Amerykanie i Dziekanostwo pognali w miasto, a my z Krysią spokojnie, powolutku. Wszyscy mieli nadzieje, że słońce zajdzie i zrobi się chłodno. Nie ma takiej możliwości!

Po prostu mury oddają ciepło. Stare miasto (Alfama) jest na stromych pagórach, uliczki wąskie i bardzo strome, a tak wyslizganych bruków nie widziałam nigdzie na świecie. Jeszcze te "drogowe", do jazdy wszelkimi pojazdami - owszem. Ale wąziuteńkie chodniki, wyłożone drobną kostką, są po prostu niebezpieczne dla dla zdrowia. Jazda jak po lodowisku.
Zasiadłyśmy z Krysią w knajpie - ogródku, na takim małym placyku. PIWO!!! ZIMNE PIWO!!! Krzyknęłysmy gromkim głosem i owszem, podano nam piwo, carpaccio z lokalnego pysznego salami i pieczony jakis ser, plus museczka oliwek - te dodatki to do piwa, na dzień dobry i bez opłaty. Zamówiłyśmy sardynki, bo wszyscy się tymi sardynkami zachwycają. To nie są sardynki, tylko SARDYNY, takie wielgie! Smażone. Owszem, pyszne, ale ja w tym upale wtrząchnęłam jedną, Krysia z pewnymi oporami moralnej natury zjadła resztę, czyli 4. Cena niezbyt wygórowana, 7 euro. Już wykombinowałysmy z Krysią w Paryżu, że nie warto zamawiać wiele, jeden talerzyk, a potem ewentualnie dobrać coś. W życiu by mi więcej nie przeszło - wymiotłam oliwki, spróbowałam carpaccio i serka, no i tę sardynkę. Północ, a na termometrze 34C.


Wracając, wstąpiłyśmy do sklepu, zakupiłyśmy strategiczną ilość zimnego piwa i urządziłyśmy Night Club na rufie. Krysia, monika, ja i nasz babski król Jurek. No i tak nam zeszło.
Jeszcze uwaga na temat piwa - złe ono nie jest, jak się otwiera butelkę, to chmielem jedzie, ALE...ale charakteru wyrazistego to ono nie ma. Popróbowałam trzy lokalne, portugalskie cervezy i zdaje się, że zejdę na heinekeny i tym podobne. Bo bez piwa tu sie nie da przeżyć, to pewne!
Koja, książka, kimono.
---------------------------

P.S.

na tym skończyłam dziennik pokładowy i nie spisywałam tego, co na lądzie.

paccio i serka, no i tę sardynkę. Północ, a na termometrze 34C.


Wracając, wstąpiłyśmy do sklepu, zakupiłyśmy strategiczną ilość zimnego piwa i urządziłyśmy Night Club na rufie. Krysia, monika, ja i nasz babski król Jurek. No i tak nam zeszło.
Jeszcze uwaga na temat piwa - złe ono nie jest, jak się otwiera butelkę, to chmielem jedzie, ALE...ale charakteru wyrazistego to ono nie ma. Popróbowałam trzy lokalne, portugalskie cervezy i zdaje się, że zejdę na heinekeny i tym podobne. Bo bez piwa tu sie nie da przeżyć, to pewne!
Koja, książka, kimono.
---------------------------

P.S.

na tym skończyłam dziennik pokładowy i nie spisywałam tego, co na lądzie.