nemo
26 czerwca o godz. 13:05 497840

Jagodo, nie ciesz się za wcześnie ;)

Never complain, never explain.

Pod tym hasłem chciałam onegdaj zakończyć moją obecność na tym blogu.
Kto mnie do tej pory rozumiał, może przerwać lekturę w tym miejscu.
Komu mało, potrzebuje kawy na ławę albo po prostu jest ciekawy, to niech czyta dalej, ale niech nie marudzi, że niepotrzebnie sobie marnował czas.
Jeśli ewentualnie poczuje kolejny raz potrzebę “dania odporu” czyli strzępienia języka nadaremno, jego sprawa.
Żeby nie było, że nie ostrzegałam.

Nie było mnie tu długo, ale widzę, że w rzucaniu się sobie nawzajem do gardła i szarpaniu nogawek dajecie sobie znakomicie radę beze mnie.
Spędziłam na tym forum ładnych parę lat i porzucenie go nie przyszło mi łatwo, ale with a little help from my friends…

Na forum tego blogu przyciągnęła mnie przed laty nadzieja na inspirujący kontakt (po polsku) z ludźmi na podobnym poziomie porozumienia – intelektualnym (nie chodzi tu o wyższe wykształcenie) i etycznym, dorosłymi i emocjonalnie dojrzałymi, bo tak sobie
wyobrażałam czytelników “Polityki”.

I spotkałam sporo interesujących, niebanalnych, dowcipnych osób z polotem i fantazją, a

także z podobnymi oczekiwaniami.
Bywało ciekawie, zabawnie, inspirująco do kuchennych eksperymentów i dyskusji na wiele tematów, a nawet okazjonalnej poezji
Z czasem jednak wielu zniechęcało się, milkło i w końcu dawało sobie spokój.
Z czasem też rozumiałam ich coraz lepiej i sama z rosnącym trudem znosiłam bycie obiektem do rozładowania cudzych frustracji i kompleksów.
Polskie piekiełko coraz bardziej dominowało nad kontaktem z ulubionymi komentatorami i sympatykami, coraz trudniej było nie ustąpić pola impertynentom, chamom, błaznom i klakierom.
Wraz z ubywaniem partnerów do rozmowy i pojawianiem się kolejnych trolli i zamulaczy rosła moja alienacja i uczucie niekompatybilności prawie pod każdym względem.
W końcu niemal każdy mój komentarz stawał się pretekstem do unoszenia się “słusznym oburzeniem”, “dawania odporu”, obrony Częstochowy, obrażania się w cudzym imieniu, snucia insynuacji, oczerniania i zwyczajnego grubiaństwa.
Niektórzy nie szczędzili nawet twórczego wysiłku w zmyślaniu moich rzekomych ataków, tylko po to, by mściwie zohydzić osobę,
która im nie pasuje, by maksymalnie obniżyć do niej zaufanie czy choćby sympatię.

Powiedzcie, ileż można kopać się z koniem, wysłuchiwać absurdalnych pretensji w stylu “daruj sobie złośliwości względem Oregonu. Moje dziecko tam pomieszkuje i jakoś nie

przewidywuje
samobójstwa, chamstwo z Twojej strony, takie sugerowanie”, hamować się resztkami sił, by nie nazwać takich uwag kretyńskimi,
no i być workiem treningowym dla zupełnie nieznanych mi sfrustrowanych ludzi?

Gdy na forum najgłośniejsze są napastliwe i podłe komentarze, a głos tych nielicznych trzeźwych i kulturalnych (wiem, wiem, podobno jest ich większość, ale niewielu ma odwagę się odezwać), ginie we wrzawie wzniecanej przez paru zawistnych intrygantów, to cóż tu po mnie…
Nie jest mi po drodze z osobami prostackimi, obcesowymi i grubiańskimi, które ostentacyjnie obnoszoną niechęcią do “szkiełka i oka” maskują własne kompleksy edukacyjne i zwyczajne braki w dobrym wychowaniu.
Nie dam sobie narzucić takich standardów, a w starciu z nimi otrzymałam za mało wsparcia, aby mieć siły i motywację do dalszego się “udzielania”.
Ponadto co jakiś czas pojawiały się sugestie, że nieznane dotąd talenty są przeze mnie

No to dałam im szansę.
Zaglądam czasami, ale nie dostrzegam możliwych dla mnie punktów zaczepienia dla dialogu, i jakoś nie mam już ochoty
dzielić się moim życiem z “podczytywaczami”, którzy chwilami ubolewają, że do czytania zostaje im jakiś Henryk czy inne “duże” litery.

Odzwyczajam się zatem, choć po tylu latach odwyk nie jest łatwy.
W wolnych chwilach czytam więc sobie trochę blogowe archiwum, wspominam fajne momenty sprzed paru lat i fajnych ludzi,
i się zastanawiam, jak ewoluowaliśmy (Towarzystwo i ja) w tym czasie.
Niemiłe uczucie, które mnie nie raz nachodziło, gdy Gospodarz reagował na moje bezczelne wątpliwości co do niektórych jego “rewelacji”, pojawiło się na nowo, a jak dotarłam do tego:
znów wylądowaliśmy w tym samym pokoju o pysznej nazwie St. Laurent (czerwone wino, o którym niegdyś błędnie pisałem – białe i dopiero po dyskretnej uwadze paOLOre zmieniłem zdanie)

zapaliło mi się światełko. Wreszcie pojęłam, jak to funkcjonuje.

Dwa lata wcześniej (6 sierpnia 2010 godz. 11:37) brzmiało to tak:
“jestem słaby w rozróżnianiu kolorów. Wlazłem więc do piwniczki, wyciągnąłem ostatnio kupioną flaszkę St.Laurent i poprosiłem kobiety by wypowiedziały sie o kolorze płynu. Wszystkie trzy powiedziały: BIAŁE!”

Bo nemo i PaOlOre ośmielili się twierdzić, że czerwone?

Tak, Nisiu. Tak się właśnie ze swoich czytelników i gości robi idiotów. Koncertowych.

A potem to credo:

“Mam za złe autorom komentarzy wzbudzających u innych wesołość. Nie lubię besserwiserstwa a większość to uwielbia (…)
złoszczą mnie i przeszkadzają wpisy, które innych radują”

Zaskakujące i przykre.
Czy tylko dla mnie?
Nikt jakoś nie zareagował…
Ma za złe… musiał cierpieć przez całe lata, kiedy nam było do śmiechu :(
Jedni go złoszczą i przeszkadzają, innym ma za złe, trzecim wytyka besserwisserstwo…
A ja się łapię we wszystkie kategorie…

Persona non grata w 300 procentach :D

Ale co to jest besserwisserstwo?
Udzielenie rzetelnej informacji czy upieranie się przy swoim “ja wiem lepiej i moje kobiety to potwierdzają”?
Besser wissen = wiedzieć lepiej
Brnąć w zaparte, łgać w żywe oczy, byle nie przyznać się do pomyłki?
A jeśli przyznać, to mimochodem i najwcześniej po 2 latach?

Właściwie to cały szereg takich zdarzeń powinien był mnie już dawno zniechęcić (jak niejednego przede mną),
i zniechęcał na jakiś czas, ale potem wracałam, uzależnienie ma swoje konsekwencje…

Wiem, że TEN blog stał się dla wielu bywalców (dla mnie też) miejscem spotkań jakoś oswojonych i zaprzyjaźnionych ludzi,
z możliwością wymiany ploteczek, biuletynów zdrowotnych, pogaduszek, dzielenia radościami i smutkami czyli zaspokajania całkowicie zrozumiałych życiowych potrzeb.
Jeśli do tego możliwa była sympatyczna wymiana pomysłów, interesujących przepisów, żartów, bonmotów, podróżniczych wrażeń,
zaskakujących spostrzeżeń – było tu warto bywać mimo scysji i konfliktów, niekiedy nie do uniknięcia przy tylu różnych osobowościach i charakterach, i tej formie kontaktu.

W końcu jednak miarka się przebrała, credo zostało wygłoszone, żarty nie są mile widziane, klakierzy i pochlebcy – wręcz przeciwnie.
Na forum pojawił się po stokroć przeżuwany banał i miałkość, i jakoś odechciewa się chcieć…
Zabrakło mi tego zafrapowania i ciekawości, szerzy się (z paroma wyjątkami) jałowość i nijakość.
To (prawie każdorazowe) ściąganie co błyskotliwszych komentatorów do poziomu percepcyjnego jednej pani stało się tak przewidywalne, że aż nudne…

Nie biorę odpowiedzialności za to jaką opinię na mój temat wytwarza sobie ktoś czytający wpisy, ani też nie rozumiem potrzeby ogłaszania tej opinii na publicznym forum.
Ocena innych jest wypadkową wielu czynników, m.in. projekcją własnych cech (często nieakceptowanych) i więcej mówi o oceniającym niż ocenianym?
Recenzentów nigdy tu nie brakowało
A wychowywać dorosłych ludzi i chandryczyć się o psychologiczno-socjologiczne imponderabilia lubią ciągle te same osoby…

Dodam jeszcze, że zaskoczyło mnie, jak wiele osób zamilkło wraz ze mną.
Odczytuję to jako oznakę dezaprobaty dla takiego sposobu prowadzenia blogu.
Czy wywarło to jakieś wrażenie na Gospodarzu?
Nic na to na razie nie wskazuje.
Może nawet odetchnął z ulgą.
Póki klikalność jest wysoka, wszystko jest OK

Mówią niektórzy – nie ma “nas”.
Może i nie ma.
Każdy jest sobie sam – sterem, żeglarzem, okrętem.
Czasem wiatry mu sprzyjają, czasem wpada na mieliznę lub obiera kurs kolizyjny, czasem szukając przyjaznego portu błądzi we mgle jak “Latający Holender”, a czasem zwisają mu smętnie żagle, rum (czerwone wino?) odbiera świadomość i dobrze by było pójść spać (albo ogarnąć takielunek) zamiast pleść ciągle te same androny…

Nie wiem, czy po tej tyradzie będę tu jeszcze dobrze widziana, więc bywajcie zdrowi i pamiętajcie, na tym kawałku wirtualnej przestrzeni świat się nie kończy.