30.06.2011 - czwartek, Szczecin

Po południu mustrujemy się na Dar Młodzieży, otrzymuję kabinę
Armatora. Jest to całkiem przestronna kajuta z łazienką, sporą szafą,
biurkiem jak dla pisarza, kanapką i fotelem, oraz wygodną koją na
poziomie bulajów - są dwa, więc jest to widno. Pod koją szafki i
szuflady, można tu zamieszkać na dłuższy czas nawet, tyle miejsca na
bambetle.

Po wrzuceniu gratów, gdzie należy łazimy trochę po naszym,
turystyczno-oficerskim pokładzie dla rozeznania.

Michał st.Steward, czyli szef, częstuje nas kawą w salonie kapitańskim.

W międzyczasie zjawiają się oficjele, czyli wojewoda szczeciński,
marszałek oraz prezydent Szczecina, witaja się .
Za jakiś czas odcumowujemy i odpływamy, robimy
rundkę po Odrze, bo pod wieczór mamy wpłynąć z powrotem, uroczyście, i
zacumować dla publiki na nabrzeżu Wałów Chrobrego. Mamy być
scenariuszową atrakcją na dzisiejszy jubel o północy, wszak świętujemy
unijną prezydencję.

Żeby było weselej, mamy wpłynąć w sztuczną mgłę i z niej się wynurzyć,
tak wymyślił reżyser widowiska z Warszawy. Ta mgła wszystkim nam się
źle kojarzy, ale trudno.

Po drodze witamy powracającego z Anglii
Fryderyka Chopina, którego Kpt. Andrzej Mendygrał przeprowadza do
Szczecina z Anglii, po wielu pierepałkach, aresztach statku itd.

W naszej grupie na Darze jest dużo osób, Ania Mendygrałowa, Elżbieta
Piękna Kobieta (prawdziwa żeglarka, sternik!), Kajtek, Wawrzyniec Wspaniały

(Nisi syn) z Justyną i Martą, jego koleżanki.

Rundka trwa ze dwie godziny, aż wreszcie wynurzamy się z tej mgł (której nie było)

przy nabrzeżu i cumujemy o 21:36, precyzyjnie i na czas.

Wieczorem malutki chrzest pokładowy w kajucie Moniki w towarzystwie zacnym,

Wpadł Andrzej Mendygrał z “Chopina”, którego wreszcie
mam okazję poznać.
Goście, którzy nie żeglują z nami żegnają się i schodzą z pokładu, a
nas czekają "jasełka", jak to mówi Monika, czyli różne występy i takie
tam, wszak o północy mamy świętować polską prezydencję w EU.

Telewizja, radio i Bóg wie, co jeszcze, kilka zespołów Zakopower,
Bracia Cugowscy i inni. Program rozrywkowy prowadził Hirek Wrona.

Oszałamiający pokaz sztucznych ogni.

Ponieważ to już po północy, w duchu świętuję Canada Day, jak na
prawdziwą patriotkę przystało.

Na nabrzeżu dobrze ponad 100 tys. Ludzi, muzyka, tańce i swawole, o
północy "Ode to Joy” w wykonaniu Chóru oraz Filharmonii Szczecińskiej.

Potem wywiady prowadzone przez niejaką panią Popek z TVN, Popek, która
na statku pojawiła się w takich szpilach, że wyższych sobie nie
wyobrażałam, omal sobie nóg nie połamała, bo przecież pokład statku to
nie sala balowa, pokład jest nierówny, wznosi się w kierunku dzioba i
do rufy.Przeprowadziła wywiad z Komendantem (pomyliła imię).

Potem znowu koncerty, fajerki, jakieś bajery typu obraz i dźwięk, przy
czym obraz puszczany na fasadę budynku Muzeum Narodowego na Wałach
Chrobrego. Sporo wrażeń i hałasów, program artystyczny poprawny, ale
mógł być lepszy. Najlepsza była "Ode to Joy" o północy w wykonaniu
znakomitego chóru szczecińskiego. No i naprawdę niezłe sztuczne ognie.

Spanie ok.godz 2 nad ranem.


01.07.2011 - piątek

8:30 - odpływamy ze Szczecina, pomachaliśmy “Chopinowi” i Ani oraz
Jędrusiowi Mendygrałowi, po drodze będziemy się mijać z
Kruzensternem.

Pogodnie, zachmurzenie zmienne, dość chłodnawy wiatr - pan doktor pokładowy

każe nam ubierać się ciepło. Gdyby nie ten wiatr, byłoby całkiem
przyjemnie.

O 10-tej obowiązkowa kawa ze ścisłym kierownictwem, Rysio przykazał.

Kawa była, potem Rysio przyniósł truskaweczki i w ten sposób prawie
przegapiłyśmy Kruzensterna, niestety. Ale trochę zdjęć udało się
zrobić. Zdjęcia dupy, umykającej chyżo w stronę Szczecina.

Za chwilę obiad.

Na obiad bya pyszna zupa ogórkowa, ziemniaki, filet panierowamy z
halibuta chyba, sałatka z kapusty i innych warzyw, jogurt owocowy na
deser.


Alarm się odbył był pokładowy (BHP na statku), Komendant zrugał towarzystwo,

że są tak ślamazarni, że hej i jak się tak cienko będą zwijać na alarm, to będzie ich
ćwiczył 3 razy dziennie. Myśmy spisały się znakomicie, według założeń
wszyscy powinni się pojawić pod grotem na śródpokładziu w ciągu 3
minut, ubrani ciepło i z kamizelkami ratunkowymi.

Z dzisiejszych zajęć czeka nas kolacja o 18-tej, a potem zajęcia w
podgrupach, czyli jakiś wieczorek w saloniku kapitańskim, gdzie
gawiedź nie ma dostępu, tylko ścisłe kierownictwo i zaproszeni goście.

Czyli my.

Michał już raczył zauważyć, że dla mnie nie opłaca się nakładać
normalnych porcji, tylko połowę, już wydał w tej sprawie
rozporządzenie stewardom.. Najwyżej poproszę o dokładkę. Sama go o to
poprosiłam, bo wolę sobie dołożyć, niż zostawiać.

Pan Leszek, szef kuchni, gotuje doskonale. Mają tu wspaniałe wędliny,
lodówka w pentrze jest wypełniona na wypadek, gdyby ktoś zgłodniał -
lodówka działa 24 godz. na dobę. Herbata, kawa czy woda - bez
ograniczeń. Pentra dosłownie dwa kroki od mojej kabiny, ale latam tam
tylko po herbatę.

Komendant Artur jest młodym przystojniachą, oceniam go na średnią
trzydziestkę lub nieco po. Jest bardzo sympatyczny i zaprzyjaźniliśmy
się już na wtorkowej imprezie u Moniki. Na statku wobec załogi u
studentówjest stanowczy, wymagający i przestrzega dyscypliny, co już
parę razy zaobserwowałam. Poza tym ciągle "jest w pracy", było-nie
było.

No i prujemy sobie fale, dzisiaj tylko 3 sztaksy były podniesione, ale
chyba raczej dla treningu, niż z potrzeby rzeczywistej.

21:30, a młodzież na pokładzie jest szkolona, jedni szorują drewniane
relingi, inni zajmują się olinowaniem itd. bosmani trzymają na nich
oko. Zajrzałam do kabiny nawigacyjnej, żeby sprawdzić, gdzie jesteśmy
(Arkona akuratnie - nasze położenie), a tam trwa szkolenie paru sztuk
rosłej młodzieży, nawigację ćwiczą. Zerknęłam na ekran i dyskretnie
się wycofałam, nie będę im przeszkadzała.

Teraz tylko herbatka, książeczka i spanko, jutro sobota.


02.07.2011 - sobota

Oj! Otworzyłam oko, zerkam w bulaje (mam aż dwa bulaje, oczu też
zresztą dwoje), a tam mgła i widoczność kiepska, w dodatku coś jakby
popaduje. Fala dosyć sobie znaczna, zresztą nocą kołysało do snu dosyć
przyjemnie. W tej chwili przemknął obok nas jakiś koszmarek dla
leniwych, niemiecki statek wycieczkowy pod tytułem AIDA, taki
wieżowiec na 5000 luda.

Niech spada...nasz statek jest i tak najpiękniejszy na świecie!

O 8 rano jest zwyczaj wciągania bandery na pokład - wszyscy wówczas
wychodzą na rufę, to coś w rodzaju takiego apelu pokładowego.
Praktykanci osobno, załoga osobno poustawiana, a goście na mostku
kapitańskim w szeregu pod relingiem. Po wciągnięciu bandery Komendant
uściskiem dłoni wita każdego gościa na dzień dobry.

Piękny zwyczaj, tylko dzisiaj będzie on nieco mniej miły ze względu na
zacinający deszczyk. Wyjrzałam z kajuty do pentry, a tam już wrze, bo
załoga je śniadanie o wcześniejszej porze, my zaś w mesie oficerskiej
po wciagnięciu bandery. Napatoczył się Rysio Intendent, złożyłam
stosowną reklamację w sprawie pogody, obiecał interweniować. Poza tym
przyniósł mi czapkę pokładową Daru Młodzieży (baseballówka niestety,
ale z symbolem Daru), bo na wciągnięcie bandery powinno się mieć
odpowiednie nakrycie głowy.

No cóż, na pogodę nie ma co narzekać, bo nawet Rysio przy całej swej
wszechmocy nie ma na nią wpływu, trzeba połknąć tę żabę i mieć
nadzieję, że jutro będzie lepiej - a może jeszcze dzisiaj, bo jak to
na morzu, pogoda jest zmienna.

Najwyżej nie będziemy latać po pokładzie, a szlajać się po saloniku
oficerskim względnie po zaprzyjaźnionych kajutach. Idę zajrzeć do
Moniki, za 15 minut na pokład, na wciaganie bandery, a potem
sniadanie.

Jaka szkoda, że nie mam internetu, byłby to akuratny dzień na
korespondowanie z całym światem. Trudno! Internet ma Komendant u
siebie w kabinie, ja bym to nazwała gabinetem, bardzo obszerny i
wypasiony. Do tego przylegająca sypialnia oraz przylegajaca łazienka.
Komendant ma tu całe, dość luksusowo urządzone "mieszkanie".

Zajęcia w podgrupach po śniadaniu, czyli każdy robi, co chce, oprócz
tych, co robić muszą, czyli załogi i praktykantów.

Podniesienie bandery poszło nieźle, kropi deszcz, ale nie jest zimno.
Fala jest i owszem. Dobrze by było, żeby poprawiła się widoczność, bo
po południu będziemy przechodzić pod tym słynnym mostem do Malme,
fajnie byłoby to zobaczyć z morza, w ub. roku tym mostem jechałam.

Teraz o mojej kabinie Armatora. Jest to całkiem spore pomieszczenie,
na oko 4x4 m, w tym pełna łazienka w prysznicem. Wysoka koja, pod nią
szafki, spora szafa, biurko, fotel i kanapka spokojnie na 2 osoby.

Obfotografowałam dla pamięci, bardzo porządnie to wygląda. Żadnych
luksusów, ale wszystko porządne i jak należy, jak dla mnie, to całkiem
duże pomieszczenie, można tu świetnie zamieszkać na długi rejs. W
porównaniu z 11 metrowym Cygnetem Kpt.Janusza - tutaj można balety
wyprawiać.

Idziemy na dość ostrym przechyle na prawą burtę.

O 10 kawa z Intendentem i kto tam jeszcze się ze ścisłego towarzystwa
pojawi w saloniku kapitańskim, a raczej salonie, bo to spore
pomieszczenie. Potem znowu zajęcia do obiadu, czyli co kto chce.

Pokład na razie nie zaprasza, niestety.

Dzisiaj Michał do kawy przyniósł pierniczki w czekoladzie, a Rysio
Intendent zaproponował bób. My na to z ochotą, czemu nie. Jak dobrze
pójdzie, ja nie tylko nauczę się pić kawę, ale również spasę się jak
prosię, bo tu się ciągle je. Miła niespodzianka, bo po kawie podniosły
się chmury, horyzont powiększył, a właśnie po lewej mieliśmy
Kopenhagę, po prawej burcie zaś te wszystkie mosty, którymi rok temu
przejeżdżałam do Szwecji. Rozjaśnia się, ale Rysio mówi, że przez 3
dni pogoda będzie nie będzie nas rozpieszczać, dopiero jak front
przejdzie, to zobaczymy słońce.

12:30 się zbliża, trzeba lecieć na obiad. A ja jeszcze pełna po
jajecznicy sniadaniowej oraz bobie.


Czary-mary, po obiedzie chmury nagle się rozstąpiły, zniknęły na
wysokości szwedzkiego Helsingor i, po lewej burcie, duńskiego zamku
Hamleta. Pogoda cesarska wręcz, można porozbierać się i opalać. Na
pokładzie pustki, tylko czasem młodzież przybiega i brasuje,
ustawiając reje. Niestety, dalej idziemy na motorach, bo nie ten wiatr
i nie możemy postawić żagli. Przed chwilą minął nas "Bounty" - no,
ten miał żagle postawione, bo udawał się w stronę przeciwną i to jemu
sprzyjały wiatry. Na nas jeszcze przyjdzie pora, mam nadzieję.

Pokład pusty przeważnie, tylko turyści tu się byczą, reszta na
zajęciach, a stała załoga musi też robić swoje. Co godzinę któraś z
wacht wołana jest do mesy studenckiej na zajęcia, nie pozwalają się im
lenić. Ja poczytam książkę, bo chwilowo mam dość słońca, poza tym nic
ciekawego na horyzoncie przez chwilę, tylko ruch statków. jak na Manhattanie.

Na obiad znowu pyszna zupa pana Marka (specjalny kucharz tylko od
zup), na drugie pieczeń wieprzowa w sosie, ziemniaki i kapusta
zasmażana w wykonaniu pana Leszka.

Potem cały czas na pokładzie, obserwowałam, co studenci robią. Skubani
wspinali się na maszty, aż na samą górę (!) i coś tam przygotowywali,
bo jutro mamy obiecane postawienie żagli. Przeszlismy Kattegatt,
bye-bye Bałtyk, rano obudzimy się na Morzu Północnym.

Nagle nie wiadomo skąd dopadła nas burza - i tak nam się upiekło, bo
przeszła z prawej i z lewej, a my prawie suchym pokładem pośrodku.
Potem znowu piękna pogoda.

Słońce zaszło o 22:10, chłopcy ściągnęli banderę (taka tradycja
wieczorna), porobiłyśmy z Moniką landszafty warte jelenia na rykowisku
z tym zachodzacym słońcem i udałyśmy się do pentry, wziąć coś do
jedzenia. Pasztecik, baleronik i kiełbaski kawałek, wszystko jak
domowej roboty. Mniam!

Ja tu się utuczę jak prosię!

Wskakuję na koję z książką.


3.07.2011 - niedziela

20 minut do wciągania bandery, no i te żagle mają dzisiaj stawiać.
Bardzo fajnie, ale ja poszłam spać o północy, a o drugiej obudziłam
się i tyle mojego spania. Myślę, że po śniadaniu wrócę do kajuty i
normalnie przysnę na godzinkę, bo właśnie teraz mi się straszliwie
zachciało spać, ale za nic nie chcę przegapić momentu wciągnięcia
bandery.

Przy porannej toalecie zerknęłam w lustro - no, słońce to tu mają, na
twarzy spieczony rak, co mi się nie zdarza, a przecież słońce było
dopiero od wczesnego popołudnia i wcale się do niego nie wystawiałam.
Samo mnie złapało.

Przy okazji - dopiero ok.22:30 zrobiło się całkiem ciemno, a zaczęło
się robić czerwono na wschodzie jak się obudziłam, już po drugiej. O
4-tej już całkiem widno.

Bandera podniesiona - oraz wszystkie żagle, wreszcie płyniemy na
żaglach! Konsekwencją tego jest silny przechył na lewa burtę, trzeba
uważać przy chodzeniu. Agregaty przestały działać, cisza i tylko łopot
żagli. Pięknie, ale do tej przechyłki trzeba się przyzwyczaić.
Powietrze rześkie, wiatr i częściowo zachmurzone niebo.Mijamy Skagen.

Muszę się przespać z godzinkę przed kawką w saloniku kapitańskim o
10-tej jak zwykle.


Po obiedzie już - zupa kalafiorowa, ziemniaki, sałata, kurczak
pieczony, lody, kawa, herbata.

Słońce. Wyszłam na pokład, młodzież pracuje na dziobie, rufa pusta.
Pobyłam chwilę, ale jest ostre słońce i wolę nie ryzykować
wczorajszego raczka. Dość wietrznie, ciekawa jestem, jak szybko się
posuwamy.

Teraz odpoczynek z książeczką. Wychodzi na to, że albo się byczymy,
albo jemy. Leniwe popołudnie - dla nas, bo załoga i studenci pracują
cały czas.


No i wiatr padł - a posuwaliśmy się na żaglach 12 węzłów !

Potem zaczęło spadać - aż spadło. "Szkoła pod grota, szybko!" - padła
komenda, i choć to pora kolacyjna dla szkoły, kolacja musi poczekać.
Zwijają żagle i znowu pójdziemy na motorach, bo dopłynąć trzeba.

Nasz towarzysz od stołu, Wiesio S. wziął się za wędkowanie na
rufie, ale jak dotąd pół godziny - i nic. Założył od razu 5 haczyków
na wędkę, bo jak są makrele (taka miał nadzieję), od razu pięć można
wyciągnąć, one chodzą ławicami. Póki co, widzimy tylko meduzy, nawet
marny śledź nie bierze. Idę sprawdzić, czy coś nie złowił, za 20 minut
kolacja.

Słońce znowu przypieka.

Po kolacji - był pyszny bigos i jeszcze pyszniejsze ciasto drożdżowe z
rabarbarem, morelami, malinami, to wszystko pod kruszonką.

Dodam, że szef kuchni, pan Leszek, nie tylko gotuje, ale także piecze
chleb (kilka rodzajów) oraz doskonałe chrupiace bułeczki. Jestem pełna
podziwu dla pana Leszka, jedzenie jest jak w domu, nasi Niemcy,
współtowarzysze przy stole, nie mogą się nadziwić.

Ciasta musiałam spróbować, tak pachniało.

Wiesio nie złowił żadnej ryby. Żeby było śmieszniej, właśnie się
dowiedziałam, że z wykształcenia jest biologiem morskim o specjalności
rybołóstwo, zaprosił mnie na wykład we wtorek, będzie nauczał młodych
o biologii morza. To dlatego taki obcykany z tych meduz i innych,
trochę mi naopowiadał, jak czekaliśmy na tę wielka rybę, co to się
miała złapać. Sam w to nie wierzył, bo płyniemy na głebokości 500m
mniej więcej, a ryby trzymają się ławicami brzegów do 20m.

Na dorsza była szansa, ale też raczej marna.

Obeszłam pokład - teraz wieje dość chłodnawy wiaterek. Poszłam do
nawigacyjnego sprawdzić, gdzie jesteśmy, otóż minęliśmy Skagerrak,
płyniemy dość blisko brzegów Norwegii, zapomniałam pozycję, w każdym
razie wchodzimy w rejon niebezpiecznych fal, dangerous waves, powiada
elektroniczny nawigator. Wcale się nie boimy!

Smarkateria uczy się obliczać pozycję na piechotę, jak to drzewiej
bywało, sekstans i według pozycji słońca itd., a potem obliczanie.

Smarkateria jest po drugim roku gdyńskiej uczelni i ma jaką taka
praktykę, to nie ich pierwszy rejs. Bywają też uczniowie technikum
morskiego (ale nie w tym rejsie), ale z nimi więcej kłopotu, bo jednak
czasem się okazuje, że nie tak wyobrażali sobie romantyczną przygodę z
morzem.

Tu załoganci ciagle coś robią i muszą być przygotowani, że w
srodku nocy zerwie ich gwizdek bosmana, wzywajacego do przebrasowania
rej. Bez względu na pogodę! A wypoczynek muszą łapać, kiedy się da,
kiedy nie mają wachty lub zajęć naukowych, bo sen nie zawsze jest w
przewidzianych godzinach, bosman wzywa na pokład i koniec, trzeba się
udać. Taka to i szkoła.

Opowiadał mi nasz lekarz pokładowy (anastezjolog zresztą), pływający
na Darze już 4-ty rok, że widział niejedno załamanie, niestety. Ale
właśnie u młodziaków z technikum, bo tacy po 2-gim roku Akademii już
dobrze wiedzą, na czym to polega.

Idę na pokład, jest po 21-szej, przewietrzymy się z Moniką trochę.
Wcześniej wlazłam do pentry w nadziei, że został jakiś kawałek
drożdżowego, ale zeżarli, głodomory!

Dodaję, że do naszej pentry młodzież nie ma dostępu, więc to nie oni,
tylko załoga. Lodówka jak zwykle załadowana doskonałymi wędlinami, ale
to akurat mnie nie interesuje.

Wieje, dowietrzyłam się. Zajrzałam na te fale, owszem, buja, ale nie
bokami, tylko dziób-rufa, całkiem przyjemnie.

Wyjrzałam jeszcze przez bulaj, a tam obrzydliwy landszafcik, pięknie
zachodzące słońce, więc poszłam to zjawisko obfotografować. Monika
miała ten sam pomysł. Dokładnie o 22:30 słońce zaszło, chłopcy
ściagnęli banderę.

Teraz herbatka, książka i spanie, kiedy się da, jeszcze wczesna
godzina i w ogóle widno. Ale już dobranoc mówię i zaraz wskakuję na
koję.


04.07.2011 - poniedziałek

Idziemy pod żaglami, zaraz ósma, więc wciąganie bandery.
Przechył na lewą burtę i znowu trzeba będzie użyć siły, aby utrzymać
się w "krzywym" pionie. Zaraz zobrazuję ten przechył fotograficznie.
Przechył na lewą burtę nazywa się przechyłem komendanckim, bo to
Komendant wtedy tuli się do ściany, nie wypadając z koi. Jest też
przechył intendencki, na prawą burtę, wówczas Rysio wypada z koi.
Kwatera komendancka jest na prawej burcie (Armatora, czyli moja, też),
a Intendenta Rysia i Moniki - na lewej burcie.

Chcą nam skrzywić kręgosłupy chyba, ale damy słuszny odpór oczywiście.

Meble tutaj są solidne i ciężkie, żeby się nie suwały, na stole
specjalne przylepne obrusiki, taka ażurowa guma czy cuś, żeby
wszystko, co się na nich położy, czy postawi, nie latało po całym
stole czy biurku. Pod żaglami zawsze się płynie w przechyle, ale raz
bywa on całkiem znośny, a innym razem trochę męczący i ciężko z takim
walczyć. Załoganci maja to opanowane do perfekcji, ja staram się, ale
trochę się obijam i korzystam z poręczy, które są zamontowane w
korytarzach.

Idę na ceremonię wciagania bandery, potem śniadanie.

I już po śniadaniu. Duje ostro, idziemy ok. 12 węzłów albo i więcej, a
przechył według Rysia jest mniej więcej 25 stopni. Wszyscy chodzą
bardzo dziwnie, turlamy się jakoś. Utrzymanie się w jakim takim pionie
wymaga sporo wysiłku. Dopiero dziewiąta, można zalegnąć w kajucie na
kanapkę, a dopiero po kawie wyjść na pokład. Dość chłodny wiatr, może
potem się ociepli. Niebo jest na wpół zachmurzone. Poczytam na razie,
Monika poszła się przespać. Załoganci na pokładzie, pracują w dość
trudnych warunkach, bo ten przechył.

Monikę wyrzuca z koi, ja jestem na przeciwnej burcie, więc przytulam
się do ściany. Przechył komendancki.


Wzięłam dobry przykład z Moniki i jednak odłożyłam książkę,
przytuliłam się do poduszki. Kiwało tak pięknie, że przespałam kawę,
Monika też. Obudziłam się o 11:30, godzina do obiadu.

Tak na czuja to wydaje mi się, że przechył się jeszcze zwiększył i
wiatr jest dosyć silny. Popytam przy okazji o parametry.

Przy stole obiadowym oprócz Wiesia i Niemców towarzystwa dotrzymuje
nam Łukasz, młody nauczyciel w-f z jednej ze szczecińskich szkół, a
niedawny ojciec, tydzień temu urodziła mu się córka. Bardzo
sympatyczny człowiek, zapalony podróżnik i żeglarz. Nie wiem, na czym
polega jego funkcja tutaj, ale należy do załogi, zdaje się, że ma to
coś do czynienia z regatami, które zaczną się na odcinkach, na których
mnie już nie będzie, bo schodzę w Greenock. Acha, już wiem, Łukasz
należy do szczecińskiej grupy studentów, którzy dołączyli w Szczecinie
i wraz z Wiesiem S. jest ich opiekunem i w pewnym sensie
nauczycielem, a Wiesiu jest kierownikiem grupy.

Na razie nie wychodzę na pokład, może po obiedzie, jak się trochę
wyprostuje przechył, w tych warunkach to wymagałoby sporo roboty, a tu
obiad za kwadrans.


No i po obiedzie - był pyszny barszcz ukraiński z fasolką, wspaniała
opiekana goloneczka z kapustą , do tego niestety, bardzo dobry kompot
z agrestu i renklod zamiast piwa. No trudno. Prohibicja na statku szkoleniowym,

to nie Love Boat!

Po obiedzie przechył się nieco wyrównał, wyjrzałam na pokład, młodzież
dokłada żagli, bo na każdym maszcie dwie najwyższe reje zostały puste,
za silny był wiatr i przechył byłby jeszcze silniejszy, niż go mamy.
Po południu wiatr zelżał, chociaż i tak idziemy ósemka na godzinę -
więc można dołożyć te najwyższe żagle na foku, grocie i bezanie.
Najbardziej podobają mi się żagle bezana, bo mają na nim wymalowany
wielki Gryf szczeciński, cud piekności taki żagiel.

Na całym statku jest 25 żagli, a olinowanie do nich - 316 sztuk, o ile
dobrze zapamiętałam. Liny zmieniane były 2 lata temu - to jest wielkie
i kosztowne przedsięwzięcie, dlatego nie ma pieniędzy na pomniejsze
duperele. Na przykład w kabinach są stare, duże radia, u mnie "julia
stereo", nawet jeszcze nie próbowałam włączyć. W mesie oficerskiej za
to wielki ekran plazmowy i leci telewizja - to znaczy leci, jak jest
sygnał, czasami sygnału nie ma. Ale przeważnie jest. Nie mam czasu na
bzdury, więc jeśli coś oglądam, to przy posiłkach, chociaż wolę
rozmawiać z towarzystwem przy stole.

Już wspomniałam, że jest nas sześcioro. Po mojej prawej siedzi
Niemiec, na którego lecę, niestety, ale tylko w przechyle (na
szczęście). Monika wtedy leci na mnie.

Michał ma patent, jak utrzymać talerze we względnym poziomie, podkłada
pod talerz od strony przechyłu odwrócony mały talerz. Pomaga. Krzesła
są solidne i z oparciami, cięzkie, na podłodze dość przyczepna
wykładzina, ale przy takim przechyle jednak się przesuwają trochę.

Walnę się na kanapkę poczytać, bo pokład już obeszłam, a tam wieje i
jest chłodnawo.

Po kolacji (gulasz z makaronem) poszłam na pokład - wiało, ale jakby
mniej, wszystkie żagle postawione i turlamy się do przodu. Na
horyzoncie wypatrzyłam pierwsze platformy wiertnicze. Podobno ma być
ich tutaj od zarąbania, jak to mawia Nisia, właśnie wchodzimy w ten rejon.

W nocy wygląda to ponoć spektakularnie - w nocy ciemnej, teraz jest
już 23:30 i szarówka zaledwie, ale pewnie w nocy cos dojrzę, może
nawet wyjdę na pokład trzasnąć jakieś zdjęcie.

Tak a propos, to jakiś czas temu odbiliśmy na zachód od Norwegii, a od
jakichś 2 godzin znajdujemy się na wodach terytorialnych Wielkiej
Brytanii. Jutro będziemy przechodzić jakiś wąski
przesmyk...zapomniałam nazwę.

Miałyśmy bardzo miły wieczór w kajucie Króla Artura, zaprosił nas na
porto, Rysiu zrobił kawę, no i tak nam zeszło parę godzin na
pogaduchach.

Zastanawiam się nad wspinaczką na reję, a co!

Północ, a za oknem ledwo zmierzcha. Wskakuję z książka na koję. Dobranoc.


05.07.2011 - wtorek

Ponad pół godziny do wciagania bandery. Noc minęła prawie bezsennie,
chociaż próbowałam zasnąć. Dokończyłam kolejną książkę, spojrzałam w
bulaj - a tam choinka na horyzoncie, jedna i druga...całkiem blisko
przepływaliśmy obok wieży wiertniczej. To "całkiem blisko" nie może
być bliżej, niż 500metrów, bo to strefa strzeżona, więc jest to
bliskość względna.

Ubrałam się, aparat w łapę i poszłam na pokład. Szkoda, że nie
pomyślałam wcześniej, mogłam wziąć aparat Moniki z wielką "rurą", a
tak to musiałam się obyć moim maluchem. Coś tam wyszło, ale to nie to,
co by wyszło aparatem z porządnym teleobiektywem. To było ok. 2-giej w
nocy i było naprawdę cudnie, bo fala była taka akurat, że statkiem nie
kolebało, a żagle były cały czas napięte. O dziwo, było całkiem
ciepło. No i nie całkiem ciemno, tylko taka szarówka, jesteśmy dość
daleko na północy.

Pokład opustoszały, tylko wachta w oku na dziobie i przy mostku
kapitańskim, ktoś (Pierwszy Oficer?) w centrum dowodzenia w kabinie na
mostku, sternicy przy sterach, wachta na "oku", a na rufie tylko ja.
Posiedziałam dobre pół godziny kontemplując, tak przyjemnie było.

Potem już do rana takie ni to spanie, ni drzemka, pewnie będzie mi się
chciało spać w zupełnie nieodpowiedniej porze za dnia. Co uskutecznię,
jak nie będzie nic ciekawego - na wszelki wypadek spytam, co nas czeka
w najbliższych godzinach. Płyniemy i żadne atrakcje typu ląd w pobliżu
nie są przewidziane. Nie będziemy płynęli tym zapowiedzianym
przesmykiem, tylko górą - w przesmyku są silne wiatry i niebezpieczne
prądy, Komendant zdecydował się na inną drogę.

Niektórzy twierdzili, że po dniu-dwóch ogarnie mnie nuda, bo ileż
można...a mnie już szkoda, że dla mnie przygoda kończy się za parę
dni...No trudno, nie można mieć wszystkiego.

21:30

Dzień upłynął leniwie, ale nie na pokładzie, bo zimno i pochmurno. W
ramach zajęć po obiedzie powinnam była udać się do mesy studenckiej na
wykład biologa morskiego, ale zanim zdążyłam, Rysiu przyniósł filmy
dokumentalne o Darze, niektóre kręcone przez ekipy telewizyjne, a
niektóre przez załogę. Bardzo fajnie wszystko zmontowane, zwłaszcza
piekny był kawałek kręcony przez ekipę australijskiej tv. Dar był na
obchodach 200-lecia proklamacji państwa, potem płynął na Horn.

Pokazano co lepsze kawałki z rejsów, wszystkie przylądki i tak dalej.

Dar należy do najwiekszych i zdecydowanie najpiękniejszych statków
żaglowych na świecie.

Ruscy maja swego Kruzensterna, ale ponoć u nich nie ma kto pozamiatać
pokładu, nie mówiąc o innych rzeczach. A tutaj młodzi bez przerwy
pucują, malują relingi, ściany zewnętrzne itd.

Monika klęła ambitną młodzież w żywy kamień, bo akurat dzisiaj
działali w sasiedztwie jej pisarskiej kabiny - zdzierali farbę z
okoliczności ścian i mostka, przygotowywali pod malowanie. A wiadomo,
jak maszyna zdzierajaca farbę ryczy... Te porządki kosmetyczne to
przed regatami, oni wszyscy tu strasznie dbają o porządek, relingi
drewniane są czyszczone jakims rodzajem jakby papieru ściernego, po
takim szorowaniu wyglądają jak nowe. Wszelkie mosiężne części
elegancko czyszczone, aż świecą, a pokłady ciagle zamiatane, zmywany
pokład górny, myte dolne pokłady. Mucha nie siada.

Czytałam książkę, podsypiałam, a na zakończenie obejrzałam w
towarzystwie naszego doktora bardzo durny film pod tytułem "Operacja
koza". Niestety, nic lepszego nie było do wyboru, chociaz jest tu tyle
kanałów.

Monika po kolacji oddała się pracy pisarskiej, chyba do niej zajrzę.
Wyjrzę też na pokład, zobaczę, co tam piszczy.

Na pokładzie zimno, nic nie piszczy, zbliża się 23-cia i jest widno
jak w pochmurny dzień. Płyniemy bardzo "płynnie". Monika wpadła w
trans (mimo, że młodzież zdzierała tę farbę do 22-giej) i napisała 14
stron, co jest osiągnięciem, powiada. Rysiu przydzielił jej dodatkową
kabinę, bliźniaczą do mojej, taką z biurkiem sensownym, w sam raz dla
pisarza. Monika w kabinie, którą zajmuje, ma stół i przy tym pisze się
nie najlepiej, natomiast biurko to jest biurko. Okazało się, że jest
jeszcze jedna kabina taka jak moja, i to pusta w dodatku. W ten sposób
Monika pozyskała "Office", a co, pisarz potrzebuje!

Ciągle mi się wydaje, że jest niedziela, a to już wtorek. O, i o
północy zmienia nam się czas!

Czyli będziemy już na Greenwich, czasowo zbliżę się do Kanady o godzinę.

Wskakuję na koję, dziś do czytania wspomnienia Julii Child, Monika
wzięła w podróż. Potem będę korzystać z biblioteki kapitańskiej, bo
wyczerpałyśmy z Moniką nasze zapasy.


06.07.2011 - środa


Już po wciągnięciu bandery, a nawet po śniadaniu. Pogoda szarawa, ale
ciepło i wygląda na to, że być może coś się przebije, jakiś promyk
słońca. Widoczność dobra, po prawej Szetlandy, po lewej Orkady, na
horyzoncie Fair Isle widać, w pobliżu pętają się niewidoczne jeszcze
stąd Hebrydy. Cały czas suniemy pod żaglami, co jest bardzo miłe, w
dodatku wiatr tak wieje, że nie musimy być w przechyle i jest całkiem
fajnie.

Na razie książka, potem codzienna kawka w salonie kapitańskim z szefem
naukowym, panem Tadeuszem, może Rysiu się przysiądzie, jak będzie miał
czas.

Schodzę w Greenock 11-go, ale statek cumuje już 9-go. Będziemy
zwiedzać Greenock i okoliczne puby. 11-go ich pożegnam, udam się do
Glasgow około południa i tam gdzieś zacumuję w jakimś hotelu, możliwie
w centrum. W ten sposób będę miała mniej więcej półtora dnia na
zwiedzanie Glasgow. Co do sposobu dotarcia do lotniska wczesnym ranem
13-go, zorientuję się na miejscu.

Nie mam ani funta w kieszeni, w Greenock będę musiała się zorientować,
jak zdobyc te funty - może mały napad na bank? No ale chyba jakieś
bankomaty mają...W razie czego jest plastik, ale gotówka przydałaby
się podręczna, na wszelki wypadek. Nie chcę brać dużo, na cholerę mi,
ale stówa kaszoli by się przydała. No ale tym się będę martwić potem,
tymczasem idę poczytać, kawka za godzinę.

Pogadaliśmy dłużej niż zwykle, a teraz każdy odszedł do swoich
obowiązków - załoganci do swoich, a ja i Monika do swoich, czyli
"robienia nic".
Reszta dnia taka sobie. Pochmurno, ale z początku była dobra
widoczność i w miarę ciepło. Przyjrzałam się tym drabinkom na
reje...strasznie nie wyglądają, tylko włazi się na nie prawie z
relingu, wolałabym ze środka pokładu, a nie tak - woda tuż pod nogami.
No i muszę zapytać, czy wolno! Jak już, to Monika koniecznie musiałaby
być obecna i dokumentować :)

Dzisiejsza pogoda niezbyt zachęcajaca do takich zajęć.

Po kolacji - znakomite kiełbaski węgierskie, ziemniaczek oraz
własnoręcznie ukiszone przez pana Leszka małosolne. Dali nam cała
michę na stół. Uznałyśmy to za deser z Moniką i zeżarłyśmy połowę,
zanim reszta dotarła do stołu. W międzyczasie ogladałśmy starego,
dobrego Kpt. Klossa w akcji. Nagle Monika się zorientowała, że
przecież faszyści (Niemcy) zaraz przyjdą na kolację! Z niechęcia poprosiłyśmy
Michała, żeby przełączył na coś innego, on zreszta tez się
zorientował, co oglądamy i chciał zasugerować nam, żeby nie ryzykować
konfliktu dyplomatycznego.

Wieczorem poszłyśmy do mesy z herbatką i drobnym conieco, obejrzeć
dziennik. Niemiec siedział przed telewizorem i oglądał Bundesligę.
Monika na to, że nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, od jutra
ogladamy Klossa i cieszymy się z kazdego sukcesu!

Ale pozwoliłyśmy mu oglądać, niech "se" ma, zajęłyśmy się plotami.

W pewnym momencie zapadła taka mgła, że widoczność spadła do jakichś
10 metrów góra. Trochę się teraz podniosło, ale jest sztormowato.
Wiatr mamy, więc nawet dość szybko posuwamy się bez przechyłu, tyle,
że kolebnie czasami. Nie zazdroszczę wachcie... w tym momencie
skusiłam się i wyszłam na rufę nawet ciepło jest od zawietrznej,
pokład już prawie suchy i horyzont rozległy. Idziemy dosyć szybko,
wieje nieźle. Pokusiłam się nawet o kilka zdjęć. 23:10 (w Polsce
0:10), szarówka, wskakuję na koję z książką, dobranoc.


07.07.2011, czwartek

Po północy położyło nas na prawą burtę tak, że woda zaglądała do
bulajów (przechył intendencki, psiakrew!), musiałam założyć ochronne
dechy, żeby nie wypaść z koi. Młodzież przebrasowała reje i opanowała
nieco równowagę statku. Nie trwało to długo, zyskaliśmy jaki taki
poziom. Rano - względnie czyste niebo, na horyzoncie całkiem blisko
pagóry i klify Hebrydów, na lewo Szkocja-ląd. Na mapach nawigacyjnych
nie widać nazw, tylko jakieś numerki, szkoda, że nie zabrałam mapy, bo
lubię wiedzieć, gdzie co jest i czemu robię zdjęcie. Ale mniej więcej
zapamiętałam, poproszę nawigatora na koniec rejsu, żeby mi wydrukował
trasę. Nie chcę się za często pętać po nawigacyjnym, bo tam ciagle
brać studencka się doszkala. Przed chwilą było szkolenie z meteo dla
kilku osób, to nic nie szkodzi, że wczesny ranek.

Za chwilę wciąganie bandery na maszt, potem śniadanie.

Godzina do obiadu. Pan Piotr od magazynu zabrał mnie do sezamu, w
którym można nabyć jakieś koszulki z logo Daru i takie tam. W
rezultacie kupiłam 3 koszulki polo, a dostałam w prezencie parę innych
rzeczy. I jeszcze zapowiedział pan Piotr, że coś dla mnie przyszykuje,
jakieś drobiazgi Darowe do zabrania do Kanady, ale żebym nic nikomu
ani mru-mru. Jasne!

Przebrałam się i wyglądam jak stary wilk morski rodem z Daru Młodzieży, a co!


Po obiedzie pokład i oglądanie okoliczności przyrody. Pagóry Szkocji,
Hebrydy już zostawiliśmy. Płyniemy dość leniwym, równym kursem, siła
wiatru spada i obawiam się, że długo na żaglach nie popłyniemy, bo
wkrótce zaczną łopotać.

Na obiad krupnik, stek z cebulką i sałata, ziemniaki. Ziemniaki mają
znakomite, chociaż dla mnie wystarczy jeden ziemniak. Michał zawsze
pyta, czy chcę dokładkę, ale akurat tyle mi nakłada na talerz, ile
trzeba. Za to Wiesio i Łukasz dostają solidne porcje, Niemcy zreszta
też.

Staram się objasniać Niemcom, co jedzą, bo sami pytali, kuchnia im
smakuje, ale jeden z nich unika zup. A zupy pana Marka są znakomite.

Wieczorem poszłam na kolację i zostawiłam komputer na podładowanie
baterii. Wracam - i nic, nie mogę otworzyć cholerstwa, czarny ekran,
wyłaczyć komputera też nie mogę. Odcięłam od prądu, kopnęłam parę razy
- NIC! Blady strach na mnie padł, czuję rozgrzane baterie, takich
rzeczy nie przerabiałam i nie wiem, czym to się skończy. Zostawiam
maszynę odłączoną od sieci, ale niewątpliwie na baterii, bo za diabła
nie mogę tego wyłączyć ręcznie. No trudno, zobaczymy jutro.

Wskakuję na koję z książką.


08.07.2011 - piątek


Przechył intendencki. Jednak młodzież została zerwana przed północą do
sklarowania żagli, bo wiatr był żaden i przez jakiś czas szliśmy na
motorach. Dopiero nad ranem wiatr się podniósł i znów był ruch na
pokładzie, stawianie żagli.

Rzuciłam okiem na komputer - rozładował się całkowicie i wreszcie
zgasła lampka sygnalizująca, że jest "na chodzie". Podłączyłam do
sieci i poszłam pod prysznic, cała w obawach. Po oblucjach sprawdzam -
wszystko w porządku, tylko teraz trzeba załadować baterie.
Ufffff...spadł mi kamień z serca, a nawet z pierwsi,bo już myślałam,
że coś się stało.

Idę na podniesienie bandery za chwilę, a potem na śniadanie. Za
bulajem pogodnie i białe chmurki, jeszcze nie wiem, czy ciepło, czy
chłód.

Słoneczko, rześko, załoga do żagli, dołożyli żagli i przechył się
zmienił z intendenckiego na kapitański, przy czym taki bardziej
łagodny się był zrobił.

Przyszedł pan Piotr od sezamu (jego funkcja to tzw. steward
gospodarczy), przyniósł mi piękny album o żaglowchach i parę
drobiazgów na pamiatkę rejsu. Wczoraj Wiesiu dał mi materiały
poglądowe na temat szczecińskiego środowiska żeglarskiego, bardzo
ładnie wydane "zeszyty", które sam redagował.

Wzbogaciłam się, i owszem. Teraz na pokład sprawdzić, co na
horyzoncie, a za godzinę kawka w tradycyjnym towarzystwie.


Po obiedzie Komendant przyśle mi instruktora i będę mogła pod jego
okiem wspinać się na reje, samemu nie wolno, a już zwłaszcza goście.
Zobaczymy, jak to będzie, bom strachliwa, a nie daj Boże zrobię z
siebie pśmiewisko dla młodzieży, z drugiej strony oni i tak zajęci,
więc nie będą sterczeć w charakterze widowni. Zresztą, pewnie będą
pełni zrozumienia dla starszej pani, że w ogóle próbuje (mam
nadzieję). Idę się przygotować psychicznie, ćwiczenia będą gdzies po
obiedzie, jak instruktor znajdzie czas.

Kości zostały rzucone - zjawił się młody, przystojny instruktor i za
jakieś pół godziny będziemy śmigać po wantach. Mówię, żem cykor, on na
to, że nie szkodzi i na pewno mi się uda bez niczego.

No dobra...łatwo powiedzieć! Młodzież przebrasowuje żagle, jak
skończą, to można zacząć zabawę.

Z prawej Irlandia, z lewej Szkocja, a środkiem Dar Młodzieży
płynie...oraz zauważyłam jakąś fokę(dodaję po czasie, to była orca,
według Wiesia).

Nie wiedzałam, że to foka, zanim się zorientowałam, było już za póżno na fotkę.

No dobra, idę zgrywać macho!

Zanim zapomnę niektóre szczegóły, zrelacjonuję na gorąco. Zjawił się
młody człowiek z uprzężą jak dla wspinacza wysokogórskiego. W tej
uprzęży chodzi cały czas młodzież na wachcie, bo nigdy nie wiadomo,
kiedy trzeba będzie skoczyć na reje.

Pouczył jak i co, przypasowaliśmy uprząż do mojej wysokości,
pozapinali, co należy. W uprzęży dwa karabinki - jak jeden nie
zadziała, to drugi na wszelki wypadek, takie są przepisy, wpinamy się
dwoma karabinkami do "lifeline".

No dobra. Włazimy na grota, powiada. Od nawietrznej, bo wygodniej i
tak się zawsze robi. Stajemy przy relingu przy wantach, instruktor
tłumaczy, co należy i rusza pierwszy, ja mam za nim. Mina mi się
rozrzedziła nieco, bo nagle sobie uświadomiłam, że te karabinki to
dopiero podpinamy na samej górze do lifeline, a po wantach śmigamy na
żywca, polegając na własnych rękach i nogach...

Ło matko jedyna, a to dopiero!

Ale nic, śmigamy, skoro powiedziałam "a"...Jakoś wspięłam się pod
platformę i tę cholerną przewieszkę, i natychmiast zaczęłam
kombinować, jak by tu się z honorem wycofać. Że właściwie to już
wystarczy, jak na mnie to i tak ho-ho...i tak dalej. Młody człowiek na
to, że to wcale nic takiego i że pewnie mi głupot naopowiadali o tej
przewieszce, on natomiast ocenia moje możliwości i widzi, że dam radę,
niech tylko złapię oddech, stanę na ostatniej lince wanty, przypnę się
karabinkami do lifeline...i hop przewieszką te parę stopni na
stalowych, sztywnych rurkach przewieszki w górę. Przemówił do mnie,
wziął mnie pod psychologię, no i spięłam się, i pokonałam przewieszkę.
Postaliśmy na platformie, pogadaliśmy o okolicznościach widoku z
platformy, zrobiłam chyba ze dwa zdjęcia z góry (o wiele za mało, ale
byłam przejęta jak cholera!), no i zanim zaczęłam mieć głupie myśli na
temat schodzenia, zaczęliśmy to zejście w dół. Mogliśmy jeszcze troche
postać, ale ja wolałam iść za ciosem, bo wiedziałam, że zaraz właczy
mi się wyobraźnia i będę kombinować, a przecież nikt zmnie stamtąd nie
zniesie. Poszło sprawniej, niż się spodziewałam, instruktor pierwszy,
ja druga, i dobrze, że tak schodził, bo po wypięciu z lifeline znowu
na żywca trzeba było schodzić, a ja nie miałam na początku wyczucia,
jak trafić na linę-stopień, to jest nieco ruchome (jak to lina) i do
tyłu, trzeba się przyzwyczaić i wyczuć, gdzie postawić nogę.

Kiedy zeszłam, wszystkie mięśnie w nogach czułam, a kolana zginały mi
się do tyłu. Teraz już poszło by łatwiej, bo wiem, o co biega, ale za
pierwszym razem były potworne emocje i stąd niepotrzebne napinanie
mięśni i tym samym sztywność. Poza tym to już nie te kolana, niestety,
czułam zwłaszcza lewą nogę, że jakoś trudniej unosi ciężar mojego
ciała. Drabinki zrobione są dla długonogich facetów, a nie baby
średniego wzrostu i wieku zaawansowanego, musiałam robić wielkie
"kroki", żeby się wspinać w górę czy złazić w dół, to też jest pewna
uciążliwością dla osoby mojego wzrostu. Co się dziwić, że rosłe, młode
chłopaki śmigają po wantach jak frygi! No ale ja dopięłam swojego,
chociaż w głębi duszy nie byłam tak do końca pewna, czy się odważę. A
jeszcze jak się dowiedziałam pod relingiem, że do platformy szorujemy
bez żadnego zabezpieczenia...nie wypadało się już jednak cofać, o nie!

Dobrze, że instruktor (też Artur) namówił mnie na pokonanie
przewieszki, bez tego to nie byłoby to samo. Byłoby na pół gwizdka i
co za osiagnięcie - właściwie żadne.

Monika stała na pokładzie i dokumentowała wszystko jeden z Niemców,

bo on jako jedyny z gości też się
przebiegł dwa dni temu po wantach. Hip-hip!

Na kolację były jajka sadzone, ziemniaczek i sałata mieszana na bazie
chińskiej kapusty, do tego znakomita maślanka, której wypiłam litr,
zanim doszli inni do stołu. Piszę o kulinariach, żeby Łasuchom
donieść, czym tu mniej więcej karmią i jak.

Wpół do dwunastej, skończyłyśmy z Moniką konferencję przy znakomitym
jak zwykle żarciu, które pobrałyśmy z pentry. Ser żółty wędzony,
śledziki koreczki w oleju, polędwica surowa wędzona, kilka innych
rodzajów wędlin. Jutro rano wchodzimy do portu, mogliśmy to zrobić
dzisiaj, ale musimy mieć stosowne wejście, a jak! Pilot zamówiony jest
na 6-tą rano.

W Greenock stoją już od kilku dni żaglowce, które biorą udział w
regatach - pierwszy etap zaczął się w Irlandii, z tego co rozumiem,
12- go wszyscy wypływają na Szetlandy. Z polskich żaglowców jest znana
mi "Pogoria" oraz jakieś 4 mniejsze jachty, już nie żaglowce.

Będzie się działo, ciekawa jestem innych zagranicznych żaglowców i czy
będzie coś równie imponującego, jak Dar Młodzieży. Psiakość, jak ja
się rozkręciłam na dobre (vide moje wyczyny na wantach), to muszę
schodzić z pokładu :(

Opiszę, jak to jutro będzie wygladało, oczywiście wyruszamy w rejs po
tawernach, musimy godnie opić mój dzisiejszy wyczyn!

Tymczasem wskakuję na koje, dobranoc!


9.7.2011 - sobota

Zbliża się siódma rano, za jakieś 15 minut cumujemy, to już Greenock i
moje ostatnie węzły pływania.

Zostaję na statku do poniedziałku rano, ale popłynąć dalej już nie
popłynę. Niebo lekko zachmurzone, ale widoczność dobra, z obu stron
pagóry, więc osłonięci jesteśmy od wiatru. Niestety, nie wchodzimy na
żaglach, do portu na żaglach prawie nigdy się nie wchodzi, tym
bardziej, że tu jest wąski przesmyk. Idę pooglądać moment
cumowania.

Dzisiaj czekają nas różne atrakcje, pewnie będą goście na statku,
jakieś oficjalne powitania, no ale nie teraz, o siódmej rano! Będę
wszystki sukcesywnie spisywać.

21:00

Oj, Greenock to nie Wały Chrobrego!

Szkoda. Statków żaglowych jest multum, między innymi siostrzany
rosyjski Mir. Wszystko uwieczniłam na zdjęciach. Wielkie statki
żaglowe stoją w naszym sasiedztwie, Mir, kolumbijska Gloria i
norweski...zapomniałam nazwę. Z polskich zlokalizowałam Pogorię i Dar
Szczecina, ale dopchać się do nich nie dało, bo co tu dużo gadać,
nabrzeże nie jest przygotowane na przyjęcie aż tylu żaglowców.

Z racji przynalezności do żeglującej elity jestesmy pięknie
umundurowani i mamy znaczki-przepustki za darmo wszędzie, oraz
pierwszeństwo. Fajnie, ale dopchać się do niczego nie można, taki
ścisk!

Umówiłysmy się z Moniką i Mirą (dofrunęła z Gdańska skoro świt) na
jakieś wino za chwilę, więc tylko szybko zapodam, że wszelkie opinie
negatywne o Szkotach to wredna potwarz jakaś. Wybrałam się z Moniką na
miasto, zadawałyśmy się z autochtonami, którzy ze skóry wychodzili,
żeby nam umilić pobyt. Dziewczyna na ulicy zapytana, gdzie tu postój
taksówek - wyciagnęła komórę z torebki i powiada - postój niby jest
kawałek dalej, ale tam nikt nie stoi, ja wam zamówię. I zamówiła.

Taksówkarz obwiózł nas po całym Greenock, pokazał co lepsze kawałki
historyczne, najlepsze miejsce widokowe, opowiedział, skąd ruszały
konwoje w czasie 2-giej wojny światowej i dodał, że teraz stacjonują
tam nuklearne łodzie podwodne, oby nigdy nie były użyte, zgodnie
zakrzyczeliśmy. Był bardzo usłużny, zawiózł nas do najlepszej
szkockiej restauracji w centrum (a już wczesniej o tej restauracji
słyszałysmy od innych Szkotów), a na koniec, rozstajac się z nami
czule orzekł, że "you are lovely couple", czyli że jesteśmy z Moniką
miłą PARĄ. Nie - miłe kobiety, damy czy co tam, tylko "parą" jesteśmy.
Cośmy się z tego narechotały, tośmy się, chyba będziemy prosić
Komendanta o ślub na rufie albo co, bo przecież na wiaderku (czyli na
wiarę) nie będziemy żyć.

Dla informacji dodam, że knajpa nazywa się "Morgan" i jest w starym
centrumie Greenock. Bajerów tam nie ma, ale żarcie...poległyśmy.
Powtarzam, potwarz, Szkoci są rozrzutni, albo karmią tak wspaniale.
Wszystko mam zilustrowane, ale od razu zapowiadam, że kocham haggies.
Haggies nakrywało kordełką nasze steki, także zarówno szkockie.
Ilości, jakie serwują, przechodzi ludzkie pojęcie. Sumitowałyśmy się
przed kelnerką, że nie damy rady, chociaż tak nam smakuje.

A do tego MICHA (specjalnie z dużej i drukowanej litery, bo wielga
taka była) sałaty znakomitej z truskawkami, ananasem, balsamico
przewspaniałe za polanko na...

Od wczoraj żegnam się z łajbą. Załoga ze mną też powoli.
Załoga szczecińska przypomniała, że coś dla mnie ma i nie mam sobie ot
tak sobie znikać. Idę się powoli pakować, BARDZO niechętnie, ale
realia są takie, że jak trzeba, to trza.

Do moich bulajów zagląda publika w tej chwili, bo jestem od strony
nabrzeża, a nawet robią zdjęcia, a ja dumna i opalona siedzę w mojej
kapitańskiej koszulce, niekoniecznie siedzę, miotam się lekutko.

Bardzo się zaprzyjaźniłam z tymi ludźmi w tak krótkim czasie, przecież
to tylko 9 dni na morzu. A wydaje się, jakbym Rysia i Michała znała
sto lat, i Komendanta też prawie... smarkaty za rok obchodzi okrągłe
urodziny, umówiliśmy się na obchody jego 40-tych urodzin 28 sierpnia,
na statku oczywiście.

Kapitant jest bardzo podobny do mojego dalekiego, ale bardzo bliskiego
kuzyna Tadzia z Poznania - lotnika. "Te ludzie coś w sobie mają".

No dobra...będę nadawać potem, a teraz zbieram, co jest do zebrania i zbierania.

Żem sobie poszła w miasto. Jak mi ktos coś złego na Szkotów, to ja wam
zaraz dam! W mundurku Daru poszłam, a co, jestem snobka Darowa. Ludzie
słusznie uznali mnie za stara marynarę i zadawali pytania, a ja im.

Co ja im pytanie, to szklanka piwa. Słowo daję, ostatniego (trzeciego)
nie dopiłam, bo wiedziałam, że muszę się przebijać przez tłumy do
naszego żaglowca, a kibelków jest tylko tyle i tyle, a do każdego
kolejka znaczna.

Wczoraj pokochałyśmy taksówkarza, a ja dzisiaj ogólnie Szkotów.
Przesympatyczny naród i w ogóle zaprzecza wszelkim stereotypom.

O masz...przyszły panienki, lecę na zajęcia w podgrupach.

Crew party, ledwie wróciłam z zajęć, a tu znowu wołają na zajęcia...

Ponieważ to mój ostatni wieczór na pokładzie, to się udaję.
Podrzuciłam pomysł, że jak na Szetlandy, to niech oni wełnę, a ja będę
dziergać skarpetki i szaliczki dla załogi, o proszę, się przydam.
Nadwyżkę sprzedamy.

Bardzo dużo ludzi zwiedza nasz statek. Dobrze, że tylko górny pokład,
bo zadeptali by nas.

Wróciłam ze szlajania się z takimi ze statku mądrymi ludźmi,
biegaliśmy po okolicznościach portu, zwiedzali inne statki. Trochę tu
chaos panuje, bo w innych basenach portowych statki są na podwójnym
cumowaniu, po prostu nie ma miejsca.

Wieczorem zajęcia w podgrupach, whiskey u Tadzia, kierownika spraw
naukowych. Kajuta mała, ale zmieścił się Rysio, Pierwszy z doskoku,
Mira wpadła oraz niezliczona ilość innych, przechodzących mimo.

Idę spać.


Wtorek,12.07.2011


Miałam schodzić w poniedziałek rano. Gdzie tam, dzisiaj wtorek, a ja
jeszcze na łajbie, i nie miałam czasu opisać zajęć niedzielnych i
wczorajszych. Mniej więcej takie, jak sobotnie, tysiące zwiedzających
statek i port, najlepiej to było przespać lub wyjść na miasto, co też
zrobiłam, jedno i drugie. A dzisiaj jestem już spakowana, jest po
7-mej rano, pozostaje zjedzenie sniadania, pożegnanie z załogą - ba
dworzec. Bardzo przydałby mi się jakiś Olaf Mocarny, żeby mi tę torbę
odniósł...miałam prawie pustą, a teraz pełna i ciężka, bo nadawali mi
rzeczy a nadawali.

I to tyle z najpiękniejszego statku na świecie...Za jakąś godzinę
schodzę i nadam dopiero z hotelu z Glasgow....


p.s.Oczywiście Rysio oddelegował bardzo sympatycznego Olafa Mocarnego

do targania mojej TORBY, pod górę na dworzec w Greenock,

a odprowadzał mnie Tadeusz.

Dopilnowali, żebym wsiadła do pociągu wreszcie ;)